Status: Reaktywacja bloga rozpoczęta.
28,500 kilometrów pokonanych autostopem. Stan na dzień 21.02.2011
|
10 lipca 2010 | Wyświetleń: 5 | Tuż po opuszceniu Parku Narodowego Jotunheimen postanowiłem odrazu ruszyć na Lofoty. Bez pauz. Pierwszego dnia dojechałem aż do Reinheim koło Trondheim (wyruszyłem z Lom). Drugiego dnia byłem juz w Fauske. Wczoraj dojechałem do Bodo skąd popłynałem promem do Moskenens. W trzy dni pokonałem prawie 1000km.
Lofoty przywitały mnie pochmurno-deszcową pogodą. To pierwszy całkowicie niesłoneczny dzień podczas mojego pobytu w Norwegii. Aż lepiej się oddycha… tylko widoków nie ma :(. Jeśli jutro nie będzie pogody ruszam na północ by nie tracić czasu…
7 lipca 2010 | Wyświetleń: 6 | Po zejściu z Besseggen jeszcze tego samego dnia pojechałem na drugi koniec Parku Narodowego Jotunheimen – do Juvalshytta. Nie zdobyłem najwyższego szczytu Rondane więc postanowiłem chociaż zdobyć najwyższy szczyt Norwegii i Skandynawii. Kilka kilometrów przed Lom zatrzymał sie Albert. Duńczyk z Wysp Owczych, który prawie cale życie spędził w Norwegii. Dostał 3 dni urlopu. Zamiast siedzieć na kanapie i oglądać TV postanowił przyjechać do Jotunheimen i zdobyć kolejne dwutysięczniki. Dwutysięczników w Norwegii jest ponad 300 (!!), on ma zamiar zdobyć je wszystkie (ma już zaliczone kilkanaście). Ja chciałem zdobyć Galdhøpiggen, Albert chciał zaliczyć Jotunheimen od południa ale ze jechał sam to postanowił ze mi potowarzyszy i razem zdobędziemy szczyt Skandynawii.
Droga do Juvalshytty to najwyżej położona droga asfaltowa w Norwegii. Jadąc po niej ma się wrażenie jak by się już było nad górami. Różnica pomiędzy drogą nr 55 skąd zaczyna się podjazd jest ogromna. Na dole temperatura 20 stopni, na górze, 1700 mnpm już tylko 3 stopnie, do tego wieje niesamowicie, jest naprawdę zimno. Mimo wszystko rozbijam namiot (nocleg w schronisku: 250zł). Śpiwór Fjord Nansen Hamar spisał się dobrze w takich warunkach – nie zmarzłem, ale ciepło też mi nie było (czyli zgodnie z oczekiwaniami).
Następnego dnia o 10:00 zbiórka. Na Galdhøpiggen można wyruszyć samemu ale jest to trochę niebezpieczne. Przez ponad 800m szlak prowadzi przez lodowiec pokryty śniegiem. Bez zabezpieczeń można wpaść w jedną z dziur i jedyne co nam pozostanie to wołanie „help”, o ile będziemy mogli jeszcze krzyczeć… Dlatego lepiej wyruszyć ze zorganizowaną wyprawą, przypiętym do liny ze wszystkimi. Początkowo każdy idzie osobno, dopiero po około 40 minutach następuje przerwa i wszyscy przypinają się do liny. Idąc po czyichś śladach nie możemy być pewni pewnego gruntu. Jedna osoba stanie, druga też ale trzecia może już się zapaść pół metra. Śnieg bywa zdradziecki. Na szczęście podczas tej wyprawy żadnych wypadków nie było.

Mniej więcej pół godziny przed szczytem odpinamy się od liny i wchodzimy po kamieniach i śniegu na luzie. Pogoda dopisuje. Nie jest mgliście ale słonecznie też nie. Czasami słońce wychodzi zza chmur, wtedy robi się nawet ciepło ale mimo tego trzeba być ciepło ubranym ze względu na bardzo chłodne powietrze. Mamy do wyboru albo się spocić albo przeziębić. Mimo braku „drogi dojazdowej” nawet na takiej górze na szczycie znajduje się chatka. Możemy w niej nabyć certyfikat zdobycia Galdhøpiggen za 50 NOK.

Galdhøpiggen to nie jest wysoka góra, zaledwie 34m niższa niż Rysy. Myślę, że może zdobyć ją każdy średnio doświadczony piechur. Nie jest to też na pewno najbardziej widowiskowa góra w Jotunheimen, jednak sam fakt że jest ona najwyższa, przyciąga sporo turystów, nawet w baaardzo młodym wieku.
6 lipca 2010 | Wyświetleń: 3 | Z Otta wyruszylem okolo godziny 8:00. Jako pierwszy zatrzymal sie staruszek z sina broda. Dowiedzialem sie od niego kto zostal prezydentem Polski choc nawet o to nie pytalem. Pochwalil sie swoim kupkiem do kawy ze Statoila (kupionym za 100NOK) do ktorego moze sobie nalewac kawy za darmo przez caly rok. Dobry myk dla kawoszy, ja zostane przy herbacie…
W Vågåmo zlapalem stopa bezposrednio do Gjendesheim – bazy wypadowej w gory Jotunheimen. Nie chcialem sie zapuszczac z ciezkim plecakiem gdzies daleko w gory wiec postanowilem przejsc tylko masyw Besseggen. Szlak bardzo przyjemny, caly czas lekko pod gore. Wiatr poraz kolejny dal znac o sobie ale tym razem bylem na niego przygotowany. Im wyzej tym mocniej wieje ale i widoki na Jotunheimen coraz piekniejsze. Bedac w takich miejscach jak te nie trudno twierdzic, ze Norwegia jest najpiekniejsza na swiecie. Ja tak uwazam i dopoki nie pojade do Tajlandii to zdania raczej nie zmienie ;-).
5 lipca 2010 | Wyświetleń: 0 | Po Lillehammer postanowilem pojechac w gory. Najblizej byl Park Narodowy Rondane. W Otta zlapalem Alexandra – czlonka Norweskiego Towarzystwa Turystycznego. Sam tez sie wybieral w gory. Z Otta jedziemy 13km bardzo kreta droga do Mysusæter. Dalej 4km szrutowa droga do parkingu Spranget. Widoki stad, z dolu juz sa niesamowite. Pustkowia, brak wysokiej roslinnosci, wszystko widoczne jak na dloni a w oddali gory czesciowo pokryte sniegiem. Z parkingu juz tylko pieszo okolo godziny do schroniska Rondvassbu. Pomimo niskich cen za nocleg jak na Norwegie (okolo 75zl) decyduje sie spac w namiocie. Alexander wskazal mi najciekawsze szlaki na jednodniowe wypady. Wymienilem z nim roznice miedzy polskimi a norweskimi parkami narodowymi. Byl w szoku ze w Polsce nie mozna nigdzie rozbijac namiotu, palic ognisk, ze trzeba placic za wstep a w schroniskach zazwyczaj nie ma cieplej wody…
Nastepnego dnia wybralem sie na Rondeslottet, najwyzszy szczyt Rondanu. Poczatkowo szlak bardzo lekki, pod gore. Nastepnie szlak idzie przez okolo dwukilometrowy wawoz po czym podchodzi do przeleczy. Przy podejsciu zaczyna co raz mocniej wiac a ja nie wzialem ze soba nic cieplego, tylko plaszcz przeciwdeszczowy. Podchodzac juz po gore zaczyna byc mi zimno, wiatr w ogole nie ustaje. Decyduje sie zawrocic 1,5h drogi przed szczytem. Nie chcialem sie wykonczyc, a na takie wiarty nie bylem przygotowany. Nie zaluje decyzji, gdy zawracalem szczyt byl w chmurach wiec widokow i tak by nie bylo a po powrocie do namiotu za jakies pol godziny zaczelo padac.
Kolejnego dnia zrobilem sobie lekki spacerek wdluz jeziora Rondvatnet. Ciekawie jest chodzic po sniegu w 30-stopniowym upale. Po poludniu wrocilem do Otta by ruszyc do Parku Narodowego Jotunheimen…
2 lipca 2010 | Wyświetleń: 1 | Przyjazd do Lillehammer nie byl latwy. Najpierw mialem spory problem z wydostaniem sie z Oslo. Potem wyladowalem kolo lotniska wojskowego gdzie nie bylo gdzie lapac i do tego pelno policji. Po dlugim marszu znalazlem dobre miejsce. Dosc szybko zatrzymal sie pierwszy samochod. Probuje rozmawiac po angielsku ale kierowca nie bardzo, pokazalem mu mape, gdzie jade, ok, wsiadam. Gdy zaczeli rozmawiac miedzy soba okazalo sie, ze to… Polacy! Kierowca znal lepiej norweski niz angielski bo tego drugiego juz nie uzywa. Po poludniu bylem juz w Lillehammer. Miasteczko nawet przyjemne, przypomina mi troche Garmich-Partenkirchen. Gdyby nie olimpiada zimowa w 1994 nikt by o tym miejscu nie slyszal, a teraz sciagaja tu masy turystow. Dla tych co nie uprawiaja sportow zimowych nie ma tu za wiele do zwiedzania. Skocznia narciarska z ktorej mamy widok na cala okolice i wioska olimpijska to wlasciwie wszystko co mozna zobaczyc. Jednak odkrylem jedno ciekawe miejsce, ktorego nie wskazuja zadne przewodniki. Tuz przy drodze na skocznie, wystarczy skrecic w boczna drozke idaca w las i przy przejsciu przez rzeke Mesna spojrzec w lewo. Za drzewami ujrzymy wodospad troche w stylu plitvickim. Mozemy do niego dojsc po kamieniach. Gdyby nie lodowata woda moznaby poczuc sie tu jak w raju. Spedzilem przy wodospadzie godzine i nikt w miedzyczasie tam nie przyszedl (a przez rzeke przechodzilo sporo ludzi). To jedyne miejsce, ktore urzeklo mnie w Lillehammer.
1 lipca 2010 | Wyświetleń: 1 | Ladujac na lotnisku Oslo Torp juz pierwsza afera: ktos mi zaiwanil wode mineralna z plecaka. Strata o tyle powazna ze tu 1,5l wody kosztuje 10zl a nie 2zl jak w Polsce. ale mowi sie trudno, jakos przezyje. Pierwszy stop zlapalem bez machania, taksowkarz podwiozl mnie 20km. Nastepnie zlapalem rodzinke Niemcow, ktorzy jechali do Moss, troche na okolo ale pojechalem i poplynalem razem z nimi. Pozniej juz bez wiekszych problemow do Oslo. W Oslo wybralem sie na co miesieczny CS-meeting. Przewaga obcokrajowcow do Norwegow 3:1. Byli ludzie m.in. z Austrii, Szwecji, Francji, Bialorusi, Lotwy a nawet Iraku. Ja jako jedyny reprezentowalem Polske. Barier jezykowych nie bylo, wszyscy porozumiewalismy sie po angielsku. Wspolny jezyk wystarczyl do dobrej zabawy, obylo sie bez bojek :).Okolo 23ej dolaczyl Tomas z Czech, ktory ogoscil mnie pozniej u siebie.
Nastepnego dnia zwiedizlem Oslo. Miasto typowo skandynawskie ale absolutnie nie norweskie, nie ma nic wspolnego z klimatem Norwegii, dlatego tez postanowilem, ze nie bede tu siedzial dluzej i na stepnego dnia pojechalem dalej….
28 czerwca 2010 | Wyświetleń: 1 | Już kilka godzin dzieli mnie od lotu do Norwegii. Wszystko przygotowane, dopięte na ostatnią klamrę więc pozostaje tylko czekać. Pobiłem mój rekord, plecak waży prawie 20kg! Chyba za dużo jedzenia nakupiłem… Na szczęście z każdym dniem będzie coraz lżej. Już jutro chcę być w Oslo bo podobno odbędzie się tam comiesięczny CS-meeting. Po polskich doświadczeniach, takiej okazji nie mogę przegapić. Może znajdę przy okazji jakiś nocleg… Zobaczymy.
Dla lepszego podglądu na podstronie Nordkapp’10 będę aktualizował przebytą trasę.
Następny wpis będzie już z Norwegii.
Do napisania!
10 czerwca 2010 | Wyświetleń: 2 | 2 lata temu opuszczając Norwegię wiedziałem, że muszę tam wrócić. Piękno tamtejszych fiordów urzekło mnie na tyle, że uważam Norwegię za najpiękniejszy kraj na świecie (przynajmniej z tych co byłem…). Na ten rok miałem różne plany: Morze Śródziemne z Afryką, Bałkany… ale jednak zdecydowałem, że pojadę w chłodniejsze strony – na Nordkapp! Rok temu zaliczyłem zachodni przylądek Europy – Cabo da Roca, w tym roku wybiorę się na północny.
Wyprawę rozpocznę na lotnisku w Gdańsku-Rębiechowie wsiadając do samolotu lecącego do Oslo-Sandefjord czyli 120km na południe od Oslo. Stamtąd na północ ruszę autostopem. Nie mam pojęcia jeszcze jak będzie wyglądała trasa. Norwegia to podłużny kraj więc jadąc linią prostą na północ można o wszystko zahaczyć. Na pewno odwiedzę park narodowy Jotunheimen i Lofoty. Co jeszcze to czas pokaże. Nie będę jechał na czas. Nordkapp to bardziej punkt zaczepny niż cel sam w sobie. Chcę poznać Norwegię od środka i ludzi najbardziej jak to będzie możliwe. Może gdzieś zatrzymam się na dłuższą chwilę. Nie wiem, niech przygoda dzieje się sama…
14 maja 2010 | Wyświetleń: 0 | XIII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe Sopot – Praga 2010
Drużyna nr 114
1 Maja
12:00 – Start, rozdanie map i wyścig kto pierwszy do SKM-ki. Jedni jadą do Wejherowa, drudzy do Gdańska. My jedziemy do Gda.
13:08 – Autobusem nr 189 jedziemy na PDPS.
13:35-13:47 – Pierwszy stop do Straszyna.
14:36 – Po niecałej godzinie stania jedziemy do Starogardu Gdańskiego. To chyba nie był dobry pomysł. W Starogardzie spotykamy inna drużynę. Kiedy oni na chwilę przestali łapać nam się udaje złapać stopa do Czerska. Jedziemy spokojnie, kierowca się nie spieszy, wywozi nas nawet specjalnie na wylotówkę. Wysiadamy i… spotykamy tę samą drużynę co w Starogardzie! Złapali stopa zaraz po nas ale ich kierowcy się spieszyło…
17:11 – Wysiadamy na obwodnicy Chojnic. Tragedia! Nie ma gdzie łapać! Lepiej było wjechać do miasta. Po długiej wędrówce wzdłuż drogi, po próbie złapania czegokolwiek w pięciu różnych miejscach dochodzimy w końcu do miasta, które chcieliśmy ominąć. 5h poszło na marne. Na starcie Witek (organizator) zapowiedział, że w tym roku nagrodę dostanie również drużyna, która przyjedzie jako ostatnia (przed godz. 12 3-ego maja). Myślę, że mamy spore szanse…
22:08 – Udaje się złapać stopa do Człuchowa. Kierowca jest miły, wywozi nas za miasto na Campol , dużą stację benzynową. Okazuje się, że nie jesteśmy ostatni! Siedzi już tam kilka innych drużyn, w tym nasi kompani ze Starogardu… Pomimo późnej pory, po kolei łapiemy stopa.

2 maja
Zostały już tylko 3 drużyny (nie licząc tych co poszli spać).
00:26 – Zatrzymuje się TIR. Kierowca wysiada, mówi, że może wziąć nas wszystkich na pakę. Pakujemy się i jedziemy do Piły.
01:25 – Obwodnica Piły. Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z kierowcą i idziemy łapać.
Nocleg do godzin porannych.
Rozdzielamy się.
07:53-08:03 – Jazda do Ujścia.
09:06-10:44 – Z sympatyczną rodzinką jedziemy do Poznania. Z jednej strony fajnie, że tak dobrze stop idzie ale z drugiej strony Poznań lepiej omijać. No ale trudno, może tym razem będzie inaczej i da się coś złapać.
Wyjazd komunikacją miejską chwila łapania i przejście na lepsze miejsce zajmuje trzy godziny. Dochodzimy od miejsca, w którym już ktoś łapał przed nami (znajdujemy tabliczki). To nas upewnia, że jesteśmy na szarym końcu.
13:55-14:06 – Poznań -> Stęszew. Znowu miejsce typu „nasi tu byli”.
Stęszew jako, że leży niedaleko Poznania można zaliczyć również do autostopowej czarnej dziury. Przez 4h nic się nie zatrzymuję a samochody jadą non-stop (główna trasa na Wrocław). Robi się coraz później, zaczyna kropić. Trzeba podjąć jakiś desperacki krok. Bierzemy tabliczkę naszych poprzedników i łapiemy na „Wacława” (patrz -> zdjęcia).
19:00-19:47 – Przed 19-tą mówię, że jak zaraz czegoś nie złapiemy to idziemy na stację pytać. Oczywiście po chwili ktoś się zatrzymuje… W niepoważny sposób udało się złapać poważnego gościa. Zabiera nas do Leszna.
19:50-21:07 – Leszno. 3 minuty czekania i jedziemy do Polkowic. Na drodze jakiś wypadek, więc omijamy go drogą polną. Pierwszy raz jadę stopem przez pole!
21:37-21:48 – Chwila na stacji i łapiemy dalej. Pomimo nocy i słabo oświetlonego miejsca zatrzymuje się gość jadący do Lubina. Był to sędzia piłki ręcznej, który dużo jeździ po Polsce.
22:07-22:43 – Znowu chwila łapania i jedziemy do Legnicy! W poznańskiej dziurze za dnia nie szło nic złapać a teraz w nocy przy małym ruchu stop za stopem, co to ma być? Do Pragi jeszcze ponad 200km, jest szansa, że będziemy ostatni!

3 maja
W Legnicy posiłek na stacji i krótka wędrówka do wylotówki na Jelenia Górę. Jak na noc, świetne miejsce do łapania – oświetlony przystanek autobusowy. Ruch niewielki. Z nudów zaczynam nadmuchiwać materac, jak zaraz czegoś nie złapiemy to idę spać.
01:28 – Materac już nadmuchany, mija 5 minut i co się dzieje? Zatrzymuję się samochód! Tak, to się nazywa kuszenie losu!
01:45 – Jawor. Stacja Orlenu. Ciemno jak wiadomo gdzie, nic nie jeździ. Trzeba się przespać do rana by rzutem na taśmę uderzyć do Pragi.
06:00 – Pobudka, która miała być o 05:00. Ruch niewielki a do Pragi 222km. Czy uda się w 6 godzin? Czemu miałoby się nie udać?!
07:27-07:52 – Jedziemy do Jeleniej Góry. Kierowca jedzie do Karpacza. Prowadzi go GPS. W Bolkowie okazuje się, że skręca w inną drogę niż na Jelenią Górę. No dobra, wysiadamy…
08:12 – W końcu jedziemy do Jeleniej Góry.
08:37 – Jelenia Góra. Do Pragi 160km. Do końca mistrzostw: 3h40min. Ostatnie miejsce w zasięgu ręki.
09:00 – Super. Jedziemy do Szklarskiej Poręby z gościem, który wczoraj już kilka par podwoził. Zna tę trasę na pamięć więc na hamulec rzadko naciska. Dobrze dla nas bo czas goni.
09:19 – Szklarska Poręba. Szybkie zakupy, szybka wymiana waluty i idziemy łapać. Czas na dojazd do Pragi 144km/2h40min. Zaczyna mocno padać. Albo ktoś nas weźmie z litości albo nie weźmie w ogóle.
09:39 – Zatrzymuje się Audi na austriackich tablicach. Jest dobrze! Czy jedzie do Pragi? Jedzie nawet dalej – do Wiednia! Jestem już dobrej myśli – będziemy przed 12tą na mecie.
Początkowo jedziemy krętymi, wąskimi uliczkami. Zaczynam wątpić w to czy zdążymy na 12:00. Kierowca jednak lubi przycisnąć. Gdy dojeżdżamy do autostrady oddycham z ulgą. Zdążymy! Według GPSa w Pradze będziemy kilka minut po 11tej. Po cichu mam nadzieję, że kierowca zawiezie nas na metę.
11:05 – Kierowca mówi, że na pewno nie wjedzie do Pragi i wysadzi nas gdzieś przy obwodnicy. Tak też robi.
11:10 – Patrzę na mapę, jakieś 10km do mety. Komunikacją miejską na pewno nie zdążymy – trzeba łapać. Szybko robię tabliczkę TROJA (dzielnica na której jest meta). Miejsce do łapania jest średnie ale jesteśmy widoczni, kierowcy zwracają na nas uwagę. Nic się jednak nie zatrzymuję.
11:45 – Koniec łapania. Poddajemy się. Już nawet piratem drogowym nie zdążymy. Czas dojechać do mety jakkolwiek.
Po przesiadkach autobus-metro-autobus o godzinie 14:00 zjawiliśmy się na mecie. A było tak blisko… Zabrakło tylko dobrej woli kierowcy byśmy byli ostatni…

7 maja 2010 | Wyświetleń: 0 | Tym razem krótko i konkretnie. Jak się łapie stopa w Portugalii? Tak jak wszędzie indziej, to oczywiste. Jest jednak pewien sposób, który pomaga we wszystkich sytuacjach: FATIMA. Robimy tabliczkę i nie trzeba myśleć co będzie dalej. Czy na północy czy południu, czy w mieście czy poza miastem, wszędzie przyspiesza łapanie o 90%. Nawet można powiedzieć, że stopy łapią się same, na stacjach wystarczy usiąść i czekać. To dzięki ‘Fatimie’ pierwszy raz miałem okazję jechać autokarem na stopa. Dzięki niej ludzie zawracają żeby cię zabrać. Dzięki niej ludzie po prostu zwracają na ciebie uwagę… Gdziekolwiek jedziesz w Portugalii, łap z Fatimą ;-).
|
|
Najnowsze komentarze