Masyw Rondane

5.07.10

Po Lillehammer postanowilem pojechac w gory. Najblizej byl Park Narodowy Rondane. W Otta zlapalem Alexandra – czlonka Norweskiego Towarzystwa Turystycznego. Sam tez sie wybieral w gory. Z Otta jedziemy 13km bardzo kreta droga do Mysusæter. Dalej 4km szrutowa droga do parkingu Spranget. Widoki stad, z dolu juz sa niesamowite. Pustkowia, brak wysokiej roslinnosci, wszystko widoczne jak na dloni a w oddali gory czesciowo pokryte sniegiem. Z parkingu juz tylko pieszo okolo godziny do schroniska Rondvassbu. Pomimo niskich cen za nocleg jak na Norwegie (okolo 75zl) decyduje sie spac w namiocie. Alexander wskazal mi najciekawsze szlaki na jednodniowe wypady. Wymienilem z nim roznice miedzy polskimi a norweskimi parkami narodowymi. Byl w szoku ze w Polsce nie mozna nigdzie rozbijac namiotu, palic ognisk, ze trzeba placic za wstep a w schroniskach zazwyczaj nie ma cieplej wody…

Nastepnego dnia wybralem sie na Rondeslottet, najwyzszy szczyt Rondanu. Poczatkowo szlak bardzo lekki, pod gore. Nastepnie szlak idzie przez okolo dwukilometrowy wawoz po czym podchodzi do przeleczy. Przy podejsciu zaczyna co raz mocniej wiac a ja nie wzialem ze soba nic cieplego, tylko plaszcz przeciwdeszczowy. Podchodzac juz po gore zaczyna byc mi zimno, wiatr w ogole nie ustaje. Decyduje sie zawrocic 1,5h drogi przed szczytem. Nie chcialem sie wykonczyc, a na takie wiarty nie bylem przygotowany. Nie zaluje decyzji, gdy zawracalem szczyt byl w chmurach wiec widokow i tak by nie bylo a po powrocie do namiotu za jakies pol godziny zaczelo padac.
Kolejnego dnia zrobilem sobie lekki spacerek wdluz jeziora Rondvatnet. Ciekawie jest chodzic po sniegu w 30-stopniowym upale. Po poludniu wrocilem do Otta by ruszyc do Parku Narodowego Jotunheimen…



Lillehammer

2.07.10

Wodospad w Lillehammer na rzece Mesna Przyjazd do Lillehammer nie byl latwy. Najpierw mialem spory problem z wydostaniem sie z Oslo. Potem wyladowalem kolo lotniska wojskowego gdzie nie bylo gdzie lapac i do tego pelno policji. Po dlugim marszu znalazlem dobre miejsce. Dosc szybko zatrzymal sie pierwszy samochod. Probuje rozmawiac po angielsku ale kierowca nie bardzo, pokazalem mu mape, gdzie jade, ok, wsiadam. Gdy zaczeli rozmawiac miedzy soba okazalo sie, ze to… Polacy! Kierowca znal lepiej norweski niz angielski bo tego drugiego juz nie uzywa. Po poludniu bylem juz w Lillehammer. Miasteczko nawet przyjemne, przypomina mi troche Garmich-Partenkirchen. Gdyby nie olimpiada zimowa w 1994 nikt by o tym miejscu nie slyszal, a teraz sciagaja tu masy turystow. Dla tych co nie uprawiaja sportow zimowych nie ma tu za wiele do zwiedzania. Skocznia narciarska z ktorej mamy widok na cala okolice i wioska olimpijska to wlasciwie wszystko co mozna zobaczyc. Jednak odkrylem jedno ciekawe miejsce, ktorego nie wskazuja zadne przewodniki. Tuz przy drodze na skocznie, wystarczy skrecic w boczna drozke idaca w las i przy przejsciu przez rzeke Mesna spojrzec w lewo. Za drzewami ujrzymy wodospad troche w stylu plitvickim. Mozemy do niego dojsc po kamieniach. Gdyby nie lodowata woda moznaby poczuc sie tu jak w raju. Spedzilem przy wodospadzie godzine i nikt w miedzyczasie tam nie przyszedl (a przez rzeke przechodzilo sporo ludzi). To jedyne miejsce, ktore urzeklo mnie w Lillehammer.



Oslo

1.07.10

Ladujac na lotnisku Oslo Torp juz pierwsza afera: ktos mi zaiwanil wode mineralna z plecaka. Strata o tyle powazna ze tu 1,5l wody kosztuje 10zl a nie 2zl jak w Polsce. ale mowi sie trudno, jakos przezyje. Pierwszy stop zlapalem bez machania, taksowkarz podwiozl mnie 20km. Nastepnie zlapalem rodzinke Niemcow, ktorzy jechali do Moss, troche na okolo ale pojechalem i poplynalem razem z nimi. Pozniej juz bez wiekszych problemow do Oslo. W Oslo wybralem sie na co miesieczny CS-meeting. Przewaga obcokrajowcow do Norwegow 3:1. Byli ludzie m.in. z Austrii, Szwecji, Francji, Bialorusi, Lotwy a nawet Iraku. Ja jako jedyny reprezentowalem Polske. Barier jezykowych nie bylo, wszyscy porozumiewalismy sie po angielsku. Wspolny jezyk wystarczyl do dobrej zabawy, obylo sie bez bojek :).Okolo 23ej dolaczyl Tomas z Czech, ktory ogoscil mnie pozniej u siebie.
Nastepnego dnia zwiedizlem Oslo. Miasto typowo skandynawskie ale absolutnie nie norweskie, nie ma nic wspolnego z klimatem Norwegii, dlatego tez postanowilem, ze nie bede tu siedzial dluzej i na stepnego dnia pojechalem dalej….



To już tuż tuż

28.06.10

Już kilka godzin dzieli mnie od lotu do Norwegii. Wszystko przygotowane, dopięte na ostatnią klamrę więc pozostaje tylko czekać. Pobiłem mój rekord, plecak waży prawie 20kg! Chyba za dużo jedzenia nakupiłem… Na szczęście z każdym dniem będzie coraz lżej. Już jutro chcę być w Oslo bo podobno odbędzie się tam comiesięczny CS-meeting. Po polskich doświadczeniach, takiej okazji nie mogę przegapić. Może znajdę przy okazji jakiś nocleg… Zobaczymy.

Dla lepszego podglądu na podstronie Nordkapp’10 będę aktualizował przebytą trasę.

Następny wpis będzie już z Norwegii.
Do napisania!



Nordkapp ’10 – Intro

10.06.10

Nordkapp 2 lata temu opuszczając Norwegię wiedziałem, że muszę tam wrócić. Piękno tamtejszych fiordów urzekło mnie na tyle, że uważam Norwegię za najpiękniejszy kraj na świecie (przynajmniej z tych co byłem…). Na ten rok miałem różne plany: Morze Śródziemne z Afryką, Bałkany… ale jednak zdecydowałem, że pojadę w chłodniejsze strony – na Nordkapp! Rok temu zaliczyłem zachodni przylądek Europy – Cabo da Roca, w tym roku wybiorę się na północny.
Wyprawę rozpocznę na lotnisku w Gdańsku-Rębiechowie wsiadając do samolotu lecącego do Oslo-Sandefjord czyli 120km na południe od Oslo. Stamtąd na północ ruszę autostopem. Nie mam pojęcia jeszcze jak będzie wyglądała trasa. Norwegia to podłużny kraj więc jadąc linią prostą na północ można o wszystko zahaczyć. Na pewno odwiedzę park narodowy Jotunheimen i Lofoty. Co jeszcze to czas pokaże. Nie będę jechał na czas. Nordkapp to bardziej punkt zaczepny niż cel sam w sobie. Chcę poznać Norwegię od środka i ludzi najbardziej jak to będzie możliwe. Może gdzieś zatrzymam się na dłuższą chwilę. Nie wiem, niech przygoda dzieje się sama…



Do Czech za darmo

14.05.10

XIII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe Sopot – Praga 2010
Drużyna nr 114

1 Maja

12:00 – Start, rozdanie map i wyścig kto pierwszy do SKM-ki. Jedni jadą do Wejherowa, drudzy do Gdańska. My jedziemy do Gda.
13:08 – Autobusem nr 189 jedziemy na PDPS.
13:35-13:47 – Pierwszy stop do Straszyna.
14:36 – Po niecałej godzinie stania jedziemy do Starogardu Gdańskiego. To chyba nie był dobry pomysł. W Starogardzie spotykamy inna drużynę. Kiedy oni na chwilę przestali łapać nam się udaje złapać stopa do Czerska. Jedziemy spokojnie, kierowca się nie spieszy, wywozi nas nawet specjalnie na wylotówkę. Wysiadamy i… spotykamy tę samą drużynę co w Starogardzie! Złapali stopa zaraz po nas ale ich kierowcy się spieszyło…
17:11 – Wysiadamy na obwodnicy Chojnic. Tragedia! Nie ma gdzie łapać! Lepiej było wjechać do miasta. Po długiej wędrówce wzdłuż drogi, po próbie złapania czegokolwiek w pięciu różnych miejscach dochodzimy w końcu do miasta, które chcieliśmy ominąć. 5h poszło na marne. Na starcie Witek (organizator) zapowiedział, że w tym roku nagrodę dostanie również drużyna, która przyjedzie jako ostatnia (przed godz. 12 3-ego maja). Myślę, że mamy spore szanse…
22:08 – Udaje się złapać stopa do Człuchowa. Kierowca jest miły, wywozi nas za miasto na Campol , dużą stację benzynową. Okazuje się, że nie jesteśmy ostatni! Siedzi już tam kilka innych drużyn, w tym nasi kompani ze Starogardu… Pomimo późnej pory, po kolei łapiemy stopa.

Witek zapowiada start MMA 2010 - Sopot MMA 2010 - Gdańsk

2 maja

Zostały już tylko 3 drużyny (nie licząc tych co poszli spać).
00:26 – Zatrzymuje się TIR. Kierowca wysiada, mówi, że może wziąć nas wszystkich na pakę. Pakujemy się i jedziemy do Piły.
01:25 – Obwodnica Piły. Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z kierowcą i idziemy łapać.
Nocleg do godzin porannych.
Rozdzielamy się.
07:53-08:03 – Jazda do Ujścia.
09:06-10:44 – Z sympatyczną rodzinką jedziemy do Poznania. Z jednej strony fajnie, że tak dobrze stop idzie ale z drugiej strony Poznań lepiej omijać. No ale trudno, może tym razem będzie inaczej i da się coś złapać.
Wyjazd komunikacją miejską chwila łapania i przejście na lepsze miejsce zajmuje trzy godziny. Dochodzimy od miejsca, w którym już ktoś łapał przed nami (znajdujemy tabliczki). To nas upewnia, że jesteśmy na szarym końcu.
13:55-14:06 – Poznań -> Stęszew. Znowu miejsce typu „nasi tu byli”.
Stęszew jako, że leży niedaleko Poznania można zaliczyć również do autostopowej czarnej dziury. Przez 4h nic się nie zatrzymuję a samochody jadą non-stop (główna trasa na Wrocław). Robi się coraz później, zaczyna kropić. Trzeba podjąć jakiś desperacki krok. Bierzemy tabliczkę naszych poprzedników i łapiemy na „Wacława” (patrz -> zdjęcia).
19:00-19:47 – Przed 19-tą mówię, że jak zaraz czegoś nie złapiemy to idziemy na stację pytać. Oczywiście po chwili ktoś się zatrzymuje… W niepoważny sposób udało się złapać poważnego gościa. Zabiera nas do Leszna.
19:50-21:07 – Leszno. 3 minuty czekania i jedziemy do Polkowic. Na drodze jakiś wypadek, więc omijamy go drogą polną. Pierwszy raz jadę stopem przez pole!
21:37-21:48 – Chwila na stacji i łapiemy dalej. Pomimo nocy i słabo oświetlonego miejsca zatrzymuje się gość jadący do Lubina. Był to sędzia piłki ręcznej, który dużo jeździ po Polsce.
22:07-22:43 – Znowu chwila łapania i jedziemy do Legnicy! W poznańskiej dziurze za dnia nie szło nic złapać a teraz w nocy przy małym ruchu stop za stopem, co to ma być? Do Pragi jeszcze ponad 200km, jest szansa, że będziemy ostatni!

Na pace Tabliczki autostopowe Wacław

3 maja

W Legnicy posiłek na stacji i krótka wędrówka do wylotówki na Jelenia Górę. Jak na noc, świetne miejsce do łapania – oświetlony przystanek autobusowy. Ruch niewielki. Z nudów zaczynam nadmuchiwać materac, jak zaraz czegoś nie złapiemy to idę spać.
01:28 – Materac już nadmuchany, mija 5 minut i co się dzieje? Zatrzymuję się samochód! Tak, to się nazywa kuszenie losu!
01:45 – Jawor. Stacja Orlenu. Ciemno jak wiadomo gdzie, nic nie jeździ. Trzeba się przespać do rana by rzutem na taśmę uderzyć do Pragi.
06:00 – Pobudka, która miała być o 05:00. Ruch niewielki a do Pragi 222km. Czy uda się w 6 godzin? Czemu miałoby się nie udać?!
07:27-07:52 – Jedziemy do Jeleniej Góry. Kierowca jedzie do Karpacza. Prowadzi go GPS. W Bolkowie okazuje się, że skręca w inną drogę niż na Jelenią Górę. No dobra, wysiadamy…
08:12 – W końcu jedziemy do Jeleniej Góry.
08:37 – Jelenia Góra. Do Pragi 160km. Do końca mistrzostw: 3h40min. Ostatnie miejsce w zasięgu ręki.
09:00 – Super. Jedziemy do Szklarskiej Poręby z gościem, który wczoraj już kilka par podwoził. Zna tę trasę na pamięć więc na hamulec rzadko naciska. Dobrze dla nas bo czas goni.
09:19 – Szklarska Poręba. Szybkie zakupy, szybka wymiana waluty i idziemy łapać. Czas na dojazd do Pragi 144km/2h40min. Zaczyna mocno padać. Albo ktoś nas weźmie z litości albo nie weźmie w ogóle.
09:39 – Zatrzymuje się Audi na austriackich tablicach. Jest dobrze! Czy jedzie do Pragi? Jedzie nawet dalej – do Wiednia! Jestem już dobrej myśli – będziemy przed 12tą na mecie.
Początkowo jedziemy krętymi, wąskimi uliczkami. Zaczynam wątpić w to czy zdążymy na 12:00. Kierowca jednak lubi przycisnąć. Gdy dojeżdżamy do autostrady oddycham z ulgą. Zdążymy! Według GPSa w Pradze będziemy kilka minut po 11tej. Po cichu mam nadzieję, że kierowca zawiezie nas na metę.
11:05 – Kierowca mówi, że na pewno nie wjedzie do Pragi i wysadzi nas gdzieś przy obwodnicy. Tak też robi.
11:10 – Patrzę na mapę, jakieś 10km do mety. Komunikacją miejską na pewno nie zdążymy – trzeba łapać. Szybko robię tabliczkę TROJA (dzielnica na której jest meta). Miejsce do łapania jest średnie ale jesteśmy widoczni, kierowcy zwracają na nas uwagę. Nic się jednak nie zatrzymuję.
11:45 – Koniec łapania. Poddajemy się. Już nawet piratem drogowym nie zdążymy. Czas dojechać do mety jakkolwiek.

Po przesiadkach autobus-metro-autobus o godzinie 14:00 zjawiliśmy się na mecie. A było tak blisko… Zabrakło tylko dobrej woli kierowcy byśmy byli ostatni…

Praga Praga Praga



Magia Fatimy

7.05.10

Tym razem krótko i konkretnie. Jak się łapie stopa w Portugalii? Tak jak wszędzie indziej, to oczywiste. Jest jednak pewien sposób, który pomaga we wszystkich sytuacjach: FATIMA. Robimy tabliczkę i nie trzeba myśleć co będzie dalej. Czy na północy czy południu, czy w mieście czy poza miastem, wszędzie przyspiesza łapanie o 90%. Nawet można powiedzieć, że stopy łapią się same, na stacjach wystarczy usiąść i czekać. To dzięki ‘Fatimie’ pierwszy raz miałem okazję jechać autokarem na stopa. Dzięki niej ludzie zawracają żeby cię zabrać. Dzięki niej ludzie po prostu zwracają na ciebie uwagę… Gdziekolwiek jedziesz w Portugalii, łap z Fatimą ;-).



Miasto pielgrzymów

29.04.10

Santiago de Compostela Nocleg z Villavieja del Cerro nie należał do najprzyjemniejszych. Wokół stacji benzynowej tylko same pola z ziemią tak twardą, że o wbiciu śledzia można zapomnieć. Do tego wieje. MOCNO WIEJE. CAŁY CZAS wieje, nawet na sekundę nie przestaje! Nazwa mieściny chyba nie przypadkowa. Rano bierzemy się za łapanie stopa do Santiago de Compostela. Ta… żeby mówić o łapaniu to najpierw musi coś jeździć. Tu nic nie jeździ! Po 20 minutach przejechał pierwszy samochód. Czy my w ogóle się stąd wydostaniemy? Jeszcze do tego słońce pali. Po kilku godzinach (już jedna w tą czy w tą nie robiła mi różnicy) nadjeżdża zbawienie, które podwozi nas aż 300km do Lugo! Cierpliwość została wynagrodzona. Stamtąd już ostatnia prosta do Santiago. 420km pokonane dwoma stopami. Nieźle.
Trzeba znaleźć jakiś dom pielgrzyma. Co chwila jakiś pielgrzym zaiwania ale żaden nie gada po polsku ani po angielsku.
No to kogo się spytać?
I po jakiemu?
„Ano po polskiemu” – odpowiada jeden z kolesi siedzących wraz z innymi na murku. Pielgrzymami to oni na pewno nie byli ale wskazać drogę w odpowiednie miejsce dla takich ja my (wędrowców z plecakami) potrafili. No co, też byliśmy pielgrzymami, tylko że autostopowymi. Miasto żyje właściwie tylko pielgrzymami, można ich spotkać na każdym kroku. Przybywają tu w ogromnych ilościach, nie wiem gdzie oni wszyscy nocują. Łapiąc stopa w stronę Portugalii mogliśmy obserwować most, przez który prowadzi Camino de Santiago. Przez 2h jak tam staliśmy cały czas nadciągali pielgrzymi, czasem grupami, czasem w pojedynkę. My przyjechaliśmy, zobaczyliśmy miasto i następnego dnia wyjechaliśmy. Tyle nas widzieli ale za rok planuję przejść Camino de Santiago, więc przynajmniej znam już miejsce docelowe wędrówki.

Santiago de Compostela Santiago de Compostela Santiago de Compostela

Przy okazji zatrzymał się jakiś gość. Od razu wysiada z samochodu, mówi że nas nie podwiezie ale daje mi wizytówkę i zaprasza na swoją stronę. Chciał się tylko zareklamować, no więc go reklamuję ;-).



Przez krajobraz księżycowy

15.04.10

Autostrada Hiszpania Cel jest prosty: Santiago de Compostela. Oczywiście najpierw trzeba się wydostać z Barcelony a to nie takie proste. Najpierw wyjazd metrem gdzieś na obrzeża miasta, potem szukanie odpowiedniej drogi wylotowej. Jak droga już jest to trzeba znaleźć miejsce do łapanie. Po wędrówce przez parki, osiedla, parkingi i autostrady udaje się znaleźć takie oto fajne miejsce. Odwieczne pytanie: zatrzyma się ktoś jeszcze dzisiaj (jest jeszcze przed południem)? Autostradą zasuwają non-stop a na wyjeździe z tego mało ruchliwego osiedla jedzie coś raz na kilka minut. Ale oczywiście najważniejszy jest optymizm, który jak zawsze się sprawdza. Po 20 minutach zatrzymuje się młody chłopak z pasażerem z tyłu… psem, który wyraźnie wygląda na niezdrowego. Wyjątkowo siadam z tyłu. Jedziemy kilkanaście kilometrów i wysadza nas na rondzie. No to znowu sobie postoimy… Kolejne kilkanaście minut i zatrzymuje się ten sam chłopak tylko tym razem już bez psa. Kolejne kilometry. Lądujemy na jakiejś bocznej drodze. Zabiera nas ktoś i wyrzuca w jakiejś małej mieścinie. Po minucie wraca i mówi, że zawiezie nas nas na stacje bo tam będzie łatwiej. Stacja, pośrodku niczego, jakieś pustynne tereny dookoła, niedaleko widać autostradę. Parę dystrybutorów, jeden samochód. Dalej na parkingu trzy TIRy. O, jest się kogo spytać. Podchodzimy… oczywiście Polacy! W końcu żaden miejscowy by tu nie zabłądził… Niestety nie mogą nam pomóc bo gdzieś tu w okolicy mają zrzut towaru. Udaje się złapać kolejną okazję. Błądzimy trochę po drogach ze względu na zamknięty kawałek autostrady w stronę Saragossy. Ciągłe postoje i ciągłe podjazdy po kilka-kilkanaście kilometrów stają się już męczące. 30 minut czekania przy wjeździe na autostradę i zatrzymuje się Sergio – sympatyczny Hiszpan mówiący bardzo łamaną angielszczyzną. Jedzie aż do Salamanki! Nie do końca jest to nam po drodze ale ważne, że jedziemy daleko. Sergio od razu się z nami zaprzyjaźnia. Zatrzymujemy się w Calatayud. Urocze miasteczko. Wstępujemy do cukierni, Sergio kupuje dla nas prezent: cukierki-karmelki Calatayudki – tutejszy przysmak. Jedziemy później do zamku Castillo de Ayub, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto i okoliczne tereny, typowe dla północnej Hiszpanii. Ogołocone wzgórza pokryte pyłem, krajobraz niemal księżycowy.

Calatayud Calatayud - widok z Castillo de Ayub Calatayud

Jazda z Sergio mija w miłej atmosferze. Pomimo jego bardzo łamanej angielszczyzny udaje nam się dogadać (oczywiście jest przy tym dużo śmiechu). Cały czas jedziemy przed bezludne tereny mijając co jakiś czas niewielkie miejscowości. Pod wieczór zatrzymujemy się przy kolejnym zamku: Castillo de Penafiel. Zachód słońca dodaje dodatkowego uroku krajobrazowi. Rozstajemy się z Sergio w okolicy Villavieje. Miło by było pojechać do samej Salamanki ale jest to za bardzo nie po drodze do Santiago de Compostela.

Castillo de Penafiel Castillo de Penafiel Widok z Castillo de Penafiel



Barcelona

25.03.10

Sagrada Familia Przyjazd do Barcelony okazał się bezproblemowy. Od granicy z Francją do samego centrum miasta tylko 3 stopy bez dłuższych postojów. Jesteśmy już w mieście ale nie mamy noclegu. Znalezienie coucha w Barcelonie graniczy z cudem. Kilkadziesiąt requestów – zero pozytywnych odpowiedzi. Trzeba znaleźć cokolwiek innego. W informacji turystycznej polecają dwugwiazdkowy hotel blisko centrum. „Tylko” 25€ za dobę. Hotel położony między wąskimi uliczkami prawie w centrum, w holu całkiem przyzwoicie, pokój z łazienką całkiem elegancki. Gdzie jest haczyk? Jako, że w pokoju było dość duszno postanowiłem otworzyć okno… i jest! Znalazłem haczyk, czyli zapierające dech widoki prosto na betonowe ściany i szyby wentylacyjne. No dobra, ale nie przyjeżdża się do Barcelony żeby podziwiać widoki z okna hotelu. Pora ruszyć na miasto. Sagrada Familia, to zawsze chciałem zobaczyć. Ale już mi się odechciało. Wrócę tam za kilka(naście) lat jak zostanie dokończona. O ile to w ogóle możliwe. Kolejki do kas tak długie jak w Polsce na Kasprowy. Nie rozumiem tych ludzi, przyjeżdżają do Barcelony żeby postać w kolejce? Znam ciekawsze zajęcia.

La Rambla La Rambla La Rambla Market

Pora na kolejną atrakcję: Camp Nou. Zanim znalazłem wejście okrążyłem prawie cały stadion. Cena dla studentów zaledwie 14€! O jak fajnie, w końcu przyda się karta Euro<26 (i był to jedyny raz w całej podróży kiedy się przydała…). Po wejściu na stadion – smród. Nie wiem czym oni polewają tę murawę ale śmierdzi to jak siano polane moczem. Jak na największy stadion w Europie to od środka wydaje się dość mały. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nawet siedząc na najwyższych miejscach płytę boiska widzimy jak na dłoni. Niestety, stadion nie wypełniony kibicami wygląda bardzo smutno.

Barcelona Barcelona Camp Nou

Później powłóczyłem się jeszcze po mieście to tu to tam. Warto się przejść La Ramblą – najdłuższym deptakiem w mieście. Pojechać na Placa de Espanya i pójść w stronę Muzeum Sztuki skąd rozpościera się całkiem niezły widok na całą Barcelonę. Samo miasto jest całkiem przyjemne. Oczywiście pełne turystów ale nie jest jakoś koszmarnie zatłoczone. Fontanna to tu to tam, piękne palmy, dużo zieleni. Chociaż jak się skręci w jakąś boczną wąską ulicę to lądujemy prawie w slumsach. Przynajmniej tak to wygląda. Trzeba uważać na kieszonkowców, zwłaszcza na La Rambla.