7.05.10
Tym razem krótko i konkretnie. Jak się łapie stopa w Portugalii? Tak jak wszędzie indziej, to oczywiste. Jest jednak pewien sposób, który pomaga we wszystkich sytuacjach: FATIMA. Robimy tabliczkę i nie trzeba myśleć co będzie dalej. Czy na północy czy południu, czy w mieście czy poza miastem, wszędzie przyspiesza łapanie o 90%. Nawet można powiedzieć, że stopy łapią się same, na stacjach wystarczy usiąść i czekać. To dzięki ‘Fatimie’ pierwszy raz miałem okazję jechać autokarem na stopa. Dzięki niej ludzie zawracają żeby cię zabrać. Dzięki niej ludzie po prostu zwracają na ciebie uwagę… Gdziekolwiek jedziesz w Portugalii, łap z Fatimą ;-).
Comments : 1 komentarz »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09
29.04.10
Nocleg z Villavieja del Cerro nie należał do najprzyjemniejszych. Wokół stacji benzynowej tylko same pola z ziemią tak twardą, że o wbiciu śledzia można zapomnieć. Do tego wieje. MOCNO WIEJE. CAŁY CZAS wieje, nawet na sekundę nie przestaje! Nazwa mieściny chyba nie przypadkowa. Rano bierzemy się za łapanie stopa do Santiago de Compostela. Ta… żeby mówić o łapaniu to najpierw musi coś jeździć. Tu nic nie jeździ! Po 20 minutach przejechał pierwszy samochód. Czy my w ogóle się stąd wydostaniemy? Jeszcze do tego słońce pali. Po kilku godzinach (już jedna w tą czy w tą nie robiła mi różnicy) nadjeżdża zbawienie, które podwozi nas aż 300km do Lugo! Cierpliwość została wynagrodzona. Stamtąd już ostatnia prosta do Santiago. 420km pokonane dwoma stopami. Nieźle.
Trzeba znaleźć jakiś dom pielgrzyma. Co chwila jakiś pielgrzym zaiwania ale żaden nie gada po polsku ani po angielsku.
No to kogo się spytać?
I po jakiemu?
„Ano po polskiemu” – odpowiada jeden z kolesi siedzących wraz z innymi na murku. Pielgrzymami to oni na pewno nie byli ale wskazać drogę w odpowiednie miejsce dla takich ja my (wędrowców z plecakami) potrafili. No co, też byliśmy pielgrzymami, tylko że autostopowymi. Miasto żyje właściwie tylko pielgrzymami, można ich spotkać na każdym kroku. Przybywają tu w ogromnych ilościach, nie wiem gdzie oni wszyscy nocują. Łapiąc stopa w stronę Portugalii mogliśmy obserwować most, przez który prowadzi Camino de Santiago. Przez 2h jak tam staliśmy cały czas nadciągali pielgrzymi, czasem grupami, czasem w pojedynkę. My przyjechaliśmy, zobaczyliśmy miasto i następnego dnia wyjechaliśmy. Tyle nas widzieli ale za rok planuję przejść Camino de Santiago, więc przynajmniej znam już miejsce docelowe wędrówki.
Przy okazji zatrzymał się jakiś gość. Od razu wysiada z samochodu, mówi że nas nie podwiezie ale daje mi wizytówkę i zaprasza na swoją stronę. Chciał się tylko zareklamować, no więc go reklamuję ;-).
Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże
15.04.10
Cel jest prosty: Santiago de Compostela. Oczywiście najpierw trzeba się wydostać z Barcelony a to nie takie proste. Najpierw wyjazd metrem gdzieś na obrzeża miasta, potem szukanie odpowiedniej drogi wylotowej. Jak droga już jest to trzeba znaleźć miejsce do łapanie. Po wędrówce przez parki, osiedla, parkingi i autostrady udaje się znaleźć takie oto fajne miejsce. Odwieczne pytanie: zatrzyma się ktoś jeszcze dzisiaj (jest jeszcze przed południem)? Autostradą zasuwają non-stop a na wyjeździe z tego mało ruchliwego osiedla jedzie coś raz na kilka minut. Ale oczywiście najważniejszy jest optymizm, który jak zawsze się sprawdza. Po 20 minutach zatrzymuje się młody chłopak z pasażerem z tyłu… psem, który wyraźnie wygląda na niezdrowego. Wyjątkowo siadam z tyłu. Jedziemy kilkanaście kilometrów i wysadza nas na rondzie. No to znowu sobie postoimy… Kolejne kilkanaście minut i zatrzymuje się ten sam chłopak tylko tym razem już bez psa. Kolejne kilometry. Lądujemy na jakiejś bocznej drodze. Zabiera nas ktoś i wyrzuca w jakiejś małej mieścinie. Po minucie wraca i mówi, że zawiezie nas nas na stacje bo tam będzie łatwiej. Stacja, pośrodku niczego, jakieś pustynne tereny dookoła, niedaleko widać autostradę. Parę dystrybutorów, jeden samochód. Dalej na parkingu trzy TIRy. O, jest się kogo spytać. Podchodzimy… oczywiście Polacy! W końcu żaden miejscowy by tu nie zabłądził… Niestety nie mogą nam pomóc bo gdzieś tu w okolicy mają zrzut towaru. Udaje się złapać kolejną okazję. Błądzimy trochę po drogach ze względu na zamknięty kawałek autostrady w stronę Saragossy. Ciągłe postoje i ciągłe podjazdy po kilka-kilkanaście kilometrów stają się już męczące. 30 minut czekania przy wjeździe na autostradę i zatrzymuje się Sergio – sympatyczny Hiszpan mówiący bardzo łamaną angielszczyzną. Jedzie aż do Salamanki! Nie do końca jest to nam po drodze ale ważne, że jedziemy daleko. Sergio od razu się z nami zaprzyjaźnia. Zatrzymujemy się w Calatayud. Urocze miasteczko. Wstępujemy do cukierni, Sergio kupuje dla nas prezent: cukierki-karmelki Calatayudki – tutejszy przysmak. Jedziemy później do zamku Castillo de Ayub, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto i okoliczne tereny, typowe dla północnej Hiszpanii. Ogołocone wzgórza pokryte pyłem, krajobraz niemal księżycowy.
Jazda z Sergio mija w miłej atmosferze. Pomimo jego bardzo łamanej angielszczyzny udaje nam się dogadać (oczywiście jest przy tym dużo śmiechu). Cały czas jedziemy przed bezludne tereny mijając co jakiś czas niewielkie miejscowości. Pod wieczór zatrzymujemy się przy kolejnym zamku: Castillo de Penafiel. Zachód słońca dodaje dodatkowego uroku krajobrazowi. Rozstajemy się z Sergio w okolicy Villavieje. Miło by było pojechać do samej Salamanki ale jest to za bardzo nie po drodze do Santiago de Compostela.

Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże
25.03.10
Przyjazd do Barcelony okazał się bezproblemowy. Od granicy z Francją do samego centrum miasta tylko 3 stopy bez dłuższych postojów. Jesteśmy już w mieście ale nie mamy noclegu. Znalezienie coucha w Barcelonie graniczy z cudem. Kilkadziesiąt requestów – zero pozytywnych odpowiedzi. Trzeba znaleźć cokolwiek innego. W informacji turystycznej polecają dwugwiazdkowy hotel blisko centrum. „Tylko” 25€ za dobę. Hotel położony między wąskimi uliczkami prawie w centrum, w holu całkiem przyzwoicie, pokój z łazienką całkiem elegancki. Gdzie jest haczyk? Jako, że w pokoju było dość duszno postanowiłem otworzyć okno… i jest! Znalazłem haczyk, czyli zapierające dech widoki prosto na betonowe ściany i szyby wentylacyjne. No dobra, ale nie przyjeżdża się do Barcelony żeby podziwiać widoki z okna hotelu. Pora ruszyć na miasto. Sagrada Familia, to zawsze chciałem zobaczyć. Ale już mi się odechciało. Wrócę tam za kilka(naście) lat jak zostanie dokończona. O ile to w ogóle możliwe. Kolejki do kas tak długie jak w Polsce na Kasprowy. Nie rozumiem tych ludzi, przyjeżdżają do Barcelony żeby postać w kolejce? Znam ciekawsze zajęcia.

Pora na kolejną atrakcję: Camp Nou. Zanim znalazłem wejście okrążyłem prawie cały stadion. Cena dla studentów zaledwie 14€! O jak fajnie, w końcu przyda się karta Euro<26 (i był to jedyny raz w całej podróży kiedy się przydała…). Po wejściu na stadion – smród. Nie wiem czym oni polewają tę murawę ale śmierdzi to jak siano polane moczem. Jak na największy stadion w Europie to od środka wydaje się dość mały. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nawet siedząc na najwyższych miejscach płytę boiska widzimy jak na dłoni. Niestety, stadion nie wypełniony kibicami wygląda bardzo smutno.

Później powłóczyłem się jeszcze po mieście to tu to tam. Warto się przejść La Ramblą – najdłuższym deptakiem w mieście. Pojechać na Placa de Espanya i pójść w stronę Muzeum Sztuki skąd rozpościera się całkiem niezły widok na całą Barcelonę. Samo miasto jest całkiem przyjemne. Oczywiście pełne turystów ale nie jest jakoś koszmarnie zatłoczone. Fontanna to tu to tam, piękne palmy, dużo zieleni. Chociaż jak się skręci w jakąś boczną wąską ulicę to lądujemy prawie w slumsach. Przynajmniej tak to wygląda. Trzeba uważać na kieszonkowców, zwłaszcza na La Rambla.
Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże
24.01.10
Wyjazd z Awinionu. Cel -> Monako. No to jedziemy.
Jako tło dźwiękowe do tego wpisu proponuję to.
Wyjazd z Awinionu ciężki ale jakoś się udaje. Gdzieś w okolicach Aix-en-Provence robię tabliczkę „NICE” coby szybciej złapać bezpośredniaka. Coś nie idzie. No to chowam tabliczkę. Mija chwila, zatrzymuje się samochód. Pytam kierowcy dokąd jedzie. On, że do Nicei. No i po co tabliczkę robiłem? Kierowcą okazuje się Marokańczyk Mohamed, który wyemigrował z rodziną do Francji i teraz mieszka w Nicei. Przekonuje, że gdybyśmy łapali w pojedynkę to by nas nie wziął. Ale do pary ma większe zaufanie, dlatego się zatrzymał (ach ten blask w naszych oczach). Mohamed całkiem komunikatywnie mówi po angielsku. Mówi, że podrzuci nas jeszcze do Monako, ale wcześniej zaprasza nas do siebie. Proponuje nam również nocleg. Super. Coucha żadnego nie mamy, ani w Nicei ani w Monako. Ale chcemy zobaczyć Monako nocą… więc niestety nie korzystamy z propozycji. Zapoznajemy się z jego rodzinką. Z okazji naszej wizyty robi ucztę – zamawia trzy pizze! Do tego częstuje owocami (na upał trzydziestostopniowy najlepsze). Zanim ruszymy dalej, jeszcze spacer po mieście. Nicea to raczej miejsce dla turystów-biznesmenów. Same luksusowe hotele, jachty i… brak plaż. Wszystko pięknie zadbane ale nie jest to raczej dobre miejsce dla turysty z plecakiem. Po jakiejś godzinie zbieramy się i ruszamy w stronę Monako. Mohamed proponuje dwie trasy: szybszą albo ładniejszą. Wygrywa opcja druga. Jedziemy długo, kręto, co chwile zatrzymując się na podziwianie przepięknych widoków. Już wiemy co tak ludzi przyciąga na Lazurowe Wybrzeże. Wjeżdżamy do Monako, trochę krążymy po państwie-mieście w poszukiwaniu miejsca do zatrzymania się. Żegnamy się z Mohamedem, daje nam jeszcze swój kontakt do rodziny w Casablance. Może skorzystamy, do Casy jeszcze daleko…
Monako – raj podatkowy. Jedno z nielicznych państw na świecie gdzie nie ma podatku dochodowego, toteż ludzie pchają się tu z całego świata, a że miejsca jest mało (za Watykanem najmniejsze państwo) jest tu bardzo ciasno. Biurowce i apartamentowce poupychane do granic możliwości. Jedyny supermarket to Carrefour. Po tym jak jest oblężony można wnioskować, że wszyscy Monakijczycy robią w nim zakupy. Po godzinie 20:00 miasto idzie spać. Na ulicach już prawie nikogo nie ma. Ostatni autobus jedzie o 21:00. Jako, że miejsce na cokolwiek jest tu na wagę złota, nie ma tu parkingów i poboczy. Trawniki, skwerki, parki jakieś tam są ale tak małe, że prawie się ich nie widzi. O rozbiciu namiotu w miejscu publicznym nie ma mowy (jest to surowo zakazane). Dlatego trzeba było udać się do hotelu… najlepiej bezgwiazdkowego, darmowego, z widokiem na morze.
Nie ma?
Jest!
Tak! Jest taki hotel w Monako! Położenie jego jest owiane tajemnicą i znają je tylko nieliczni. Ale my znamy. Pomimo, że Monako ma niecałe 2km kwadratowe powierzchni, to poruszanie się po nim jest bardzo ciężkie więc trzeba skorzystać z autobusu – a czasem nawet i z windy. Co jak co, ale winda z ulicy na ulice była dla mnie nie lada atrakcją. W taki sposób to po żadnym mieście jeszcze się nie poruszałem. Po odnalezieniu naszego hotelu, za pomocą noża i kamienia rozpieczętowałem wino marki Bordeaux. Początkowo miało być ono dla hosta z Awinionu, ale zdecydowaliśmy, że francuskie wino za 2 euro to trochę mało za taką gościnę. Kupiliśmy mu chilijskie za 4. I to była dobra decyzja. Gdyby spróbował tego Bordeaux mógłby się jeszcze obrazić… Smak wina był odwrotnie proporcjonalny do widoku z naszego hotelu. Monaco nocą lśni jak bursztyn na brzegu oceanu. Światło ciągnie się od wybrzeża aż po wzgórza na granicy z Francją. Można się w nim zakochać…
Comments : 1 komentarz »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże
1.09.09
Przed wyjazdem gdy czytałem opinie ludzi o autostopie w Hiszpanii, wszyscy przestrzegali, że jest tam bardzo ciężko, że ludzie tam nie rozumieją idei autostopu, że jest niepopularny i trzeba liczyć na obcokrajowców. Przyznam, że nie bardzo wiem skąd się to wzięło. Podróżując po tym kraju nie było większego problemu ze złapaniem okazji. Czasami miałem wrażenie, że w im gorszym miejscu się stoi, tym prędzej coś się zatrzyma. Trzeba jedynie uważać by nie wylądować na jakimś odludziu gdzie samochód jedzie raz na 15 minut – wtedy można stać nawet i pół dnia. Saragossa, wjazd na autostradę, czekamy kilkanaście minut by złapać kierowcę, który zawiezie nas 500km aż za Valladolid. Po drodze zwiedza razem z nami okoliczne punkty widokowe. Stacja benzynowa przed Huelvą. Siedzimy sobie z tabliczką „Sevilla” (nie machamy), zapada zmrok. Został już tylko jeden samochód. Mężczyzna w średnim wieku podchodzi i zaprasza nas do samochodu bo jedzie do Sevilli, nawet nadrabia parę kilometrów żeby wyrzucić nas na wylotówce na Cadiz. Droga do Los Palacios, prawie pustynia, okropne miejsce do łapania, kierunek na miasto a nie na autostradę na Cadiz gdzie chcemy jechać a wystarczyło kilka minut by zatrzymał się Alvaro – Hiszpan, który wziął sobie urlop żeby pojeździć po andaluzyjskiej prowincji. Prze kolejne dwa dni zwiedzamy z nim klify, przylądki i miasteczka prowincji Kadyks. Coś pięknego.
I jak tu nie wierzyć w hiszpański autostop?
Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09
28.08.09
Już dawno po Eurotripie. Czas by jakiś wpis się pojawił na blogu. Tak to już jest, że w trasie nie bardzo jest czas i możliwość pisać a po podróży ma się tyle wrażeń w głowie, że nie wiadomo od czego zacząć i jak to wszystko poukładać. Spróbuję zacząć od początku. Na wyprawę nie pojechałem sam, miałem ze sobą Kasię, pozytywną duszę z lekką nutką pesymizmu ;). Zwykle planując trasę przed wyjazdem ustala się, że tutaj się spędzi tyle a tu tyle czasu. Podróże autostopowe pokazują, że takie plany kompletnie nie mają sensu. Początkowo w Awinionie mieliśmy być jeden dzień – przejazdem. Gdy się okazało, że mamy tam hosta z couchsurfing, planowany pobyt przedłużył się do pełnych 2 dni. Ostatecznie byliśmy tam 3 dni… W Palais des Papes nie byliśmy (za drogi bilet) a most co się kończy w połowie to kompletna porażka, a wszystko przez to, że wstęp jest płatny i pełni on rolę muzeum a nie miejsca gdzie ludzie mogą się spotkać, pograć czy posiedzieć. Mimo to czas tam spędzony trzeba zaliczyć do udanych, Przechadzając się uliczkami, spotykamy Polaka – Marcina, a tak na prawdę to Oktawiana Augusta – stojącego jak posąg, który po usłyszeniu polskiej mowy z wrażenia aż się poruszył. To on zapoznał nas z Awinionem „od środka”, z ludźmi ulicy i zwyczajami tu panującymi. To ciekawe, że pomimo sporej ilości turystów miasto jest tak bezpieczne i wyluzowane, że policjanci z nudów urządzają sobie pogaduchy z pijaczkami-żebrakami. Chcąc się przespać można walnąć się pod drzewem i nikt Cie nie przegoni. O innych czynnościach już nie będę wspominał… Ale w przeciwieństwie do Paryża, Awinion nie śmierdzi moczem. Nawet Francuzi są tu jacyś bardziej przyjaźni. Po angielsku z niektórymi nawet się dało dogadać a jak się nie dało to przynajmniej się starali.

Polecam wszystkim odwiedzić te miasto. Jest to również świetne miejsce do wypadów w okoliczne atrakcje (Pont du Gard, Orange, Arles, Nimes). Dla wielbicieli sztuki co roku w lato odbywa się tu festiwal teatralny, przez co, całe miasto obwieszane jest plakatami spektaklów i występów. Trochę to szpeci ale jednocześnie nadaje uroku.
Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże