29.04.10
Nocleg z Villavieja del Cerro nie należał do najprzyjemniejszych. Wokół stacji benzynowej tylko same pola z ziemią tak twardą, że o wbiciu śledzia można zapomnieć. Do tego wieje. MOCNO WIEJE. CAŁY CZAS wieje, nawet na sekundę nie przestaje! Nazwa mieściny chyba nie przypadkowa. Rano bierzemy się za łapanie stopa do Santiago de Compostela. Ta… żeby mówić o łapaniu to najpierw musi coś jeździć. Tu nic nie jeździ! Po 20 minutach przejechał pierwszy samochód. Czy my w ogóle się stąd wydostaniemy? Jeszcze do tego słońce pali. Po kilku godzinach (już jedna w tą czy w tą nie robiła mi różnicy) nadjeżdża zbawienie, które podwozi nas aż 300km do Lugo! Cierpliwość została wynagrodzona. Stamtąd już ostatnia prosta do Santiago. 420km pokonane dwoma stopami. Nieźle.
Trzeba znaleźć jakiś dom pielgrzyma. Co chwila jakiś pielgrzym zaiwania ale żaden nie gada po polsku ani po angielsku.
No to kogo się spytać?
I po jakiemu?
„Ano po polskiemu” – odpowiada jeden z kolesi siedzących wraz z innymi na murku. Pielgrzymami to oni na pewno nie byli ale wskazać drogę w odpowiednie miejsce dla takich ja my (wędrowców z plecakami) potrafili. No co, też byliśmy pielgrzymami, tylko że autostopowymi. Miasto żyje właściwie tylko pielgrzymami, można ich spotkać na każdym kroku. Przybywają tu w ogromnych ilościach, nie wiem gdzie oni wszyscy nocują. Łapiąc stopa w stronę Portugalii mogliśmy obserwować most, przez który prowadzi Camino de Santiago. Przez 2h jak tam staliśmy cały czas nadciągali pielgrzymi, czasem grupami, czasem w pojedynkę. My przyjechaliśmy, zobaczyliśmy miasto i następnego dnia wyjechaliśmy. Tyle nas widzieli ale za rok planuję przejść Camino de Santiago, więc przynajmniej znam już miejsce docelowe wędrówki.
Przy okazji zatrzymał się jakiś gość. Od razu wysiada z samochodu, mówi że nas nie podwiezie ale daje mi wizytówkę i zaprasza na swoją stronę. Chciał się tylko zareklamować, no więc go reklamuję ;-).
Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże
15.04.10
Cel jest prosty: Santiago de Compostela. Oczywiście najpierw trzeba się wydostać z Barcelony a to nie takie proste. Najpierw wyjazd metrem gdzieś na obrzeża miasta, potem szukanie odpowiedniej drogi wylotowej. Jak droga już jest to trzeba znaleźć miejsce do łapanie. Po wędrówce przez parki, osiedla, parkingi i autostrady udaje się znaleźć takie oto fajne miejsce. Odwieczne pytanie: zatrzyma się ktoś jeszcze dzisiaj (jest jeszcze przed południem)? Autostradą zasuwają non-stop a na wyjeździe z tego mało ruchliwego osiedla jedzie coś raz na kilka minut. Ale oczywiście najważniejszy jest optymizm, który jak zawsze się sprawdza. Po 20 minutach zatrzymuje się młody chłopak z pasażerem z tyłu… psem, który wyraźnie wygląda na niezdrowego. Wyjątkowo siadam z tyłu. Jedziemy kilkanaście kilometrów i wysadza nas na rondzie. No to znowu sobie postoimy… Kolejne kilkanaście minut i zatrzymuje się ten sam chłopak tylko tym razem już bez psa. Kolejne kilometry. Lądujemy na jakiejś bocznej drodze. Zabiera nas ktoś i wyrzuca w jakiejś małej mieścinie. Po minucie wraca i mówi, że zawiezie nas nas na stacje bo tam będzie łatwiej. Stacja, pośrodku niczego, jakieś pustynne tereny dookoła, niedaleko widać autostradę. Parę dystrybutorów, jeden samochód. Dalej na parkingu trzy TIRy. O, jest się kogo spytać. Podchodzimy… oczywiście Polacy! W końcu żaden miejscowy by tu nie zabłądził… Niestety nie mogą nam pomóc bo gdzieś tu w okolicy mają zrzut towaru. Udaje się złapać kolejną okazję. Błądzimy trochę po drogach ze względu na zamknięty kawałek autostrady w stronę Saragossy. Ciągłe postoje i ciągłe podjazdy po kilka-kilkanaście kilometrów stają się już męczące. 30 minut czekania przy wjeździe na autostradę i zatrzymuje się Sergio – sympatyczny Hiszpan mówiący bardzo łamaną angielszczyzną. Jedzie aż do Salamanki! Nie do końca jest to nam po drodze ale ważne, że jedziemy daleko. Sergio od razu się z nami zaprzyjaźnia. Zatrzymujemy się w Calatayud. Urocze miasteczko. Wstępujemy do cukierni, Sergio kupuje dla nas prezent: cukierki-karmelki Calatayudki – tutejszy przysmak. Jedziemy później do zamku Castillo de Ayub, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto i okoliczne tereny, typowe dla północnej Hiszpanii. Ogołocone wzgórza pokryte pyłem, krajobraz niemal księżycowy.
Jazda z Sergio mija w miłej atmosferze. Pomimo jego bardzo łamanej angielszczyzny udaje nam się dogadać (oczywiście jest przy tym dużo śmiechu). Cały czas jedziemy przed bezludne tereny mijając co jakiś czas niewielkie miejscowości. Pod wieczór zatrzymujemy się przy kolejnym zamku: Castillo de Penafiel. Zachód słońca dodaje dodatkowego uroku krajobrazowi. Rozstajemy się z Sergio w okolicy Villavieje. Miło by było pojechać do samej Salamanki ale jest to za bardzo nie po drodze do Santiago de Compostela.

Comments : Bez komentarzy »
Kategorie : Autostop, Eurotrip '09, Podróże