To my, szaleni…

19.07.10

Wiadomo po co sie podrozuje: zeby zdobywac nowe doswiadczenia, horyzonty, poznawac ciekawych ludzi…ale czy wszedzie znajdziemy to czego szukamy? Na pewno nie, ale sa takie miejsca, ktore przyciagaja niezwyklych ludzi. W takie miejsce wlasnie trafilem. Sarnes, 10km przed Honningsvåg, malutka wies, zwyczajna norweska chatka. Chatke ta zamieszkuje Arnt z CS. Ludzie wala do niego oknami i podziemiem. Prawie codziennie nastepuje wymiana gosci. Przyjezdzaja tu ludzie zwyczajni jak i szalency. Szaleni w pozytywnym tego slowa znaczeniu.
Jest tu Francuz Alain, ktory od 32 lat podrozuje po swiecie bez grosza w kieszeni. Glownie pieszo ale czasami tez rowerem i autostopem. W 1978 opuscil Francje i od tamtej pory jest ciagle w drodze. Ostatni jego wyczyn to dojscie na Nordkapp z Helsinek w 101 dni (link). Teraz przystanal tutaj by pomoc w renowacji domku.
Jest tez Japonczyk Rin, ktory od 3 lat jezdzi rowerem po swiecie (link).
Jest tez moj imiennik z Polski, ktory postanowil rzucic dobra prace w Warszawie by w 2 lata okrazyc swiat autostopem (link).
W miedzyczasie wpada Rumun Tommy, rowniez autostopowicz. Podrozuje po Europie juz pare lat, pracujac w miedzyczasie.
Wczoraj opuscil nas Argentynczyk Miguel, artysta ktory juz dawno nie byl w swoim kraju.
I jeszcze ja, ktory nie wie co jeszcze przede mna…
Kazdy z nas to inna historia, inne marzenia, inne idealy ale wspolny cel: podroz, przygoda i niepewnosc tego co bedzie jutro. Kazdy z nas wybral taka droge dobrowolnie, kazdy wyznacza sobie nowe „przeszkody”. Przebywanie w takim towarzystwie pomaga mi zrozumiec, ze przeciez nie jestem sam, nie jestem JEDYNY, ze tak naprawde mozna zyc! Wspolne wypady na ryby, gotowanie, pomoc w sprawach domowych oraz spontaniczne wypady na pobliskie gory – to to co nas laczy tutaj. Przyciagnal nas tu Nordkapp. Kiedy kazdy ruszy dalej w swoja strone rozdzieli nas przeznaczenie, ale jedna rzecz pozostanie w nas ta sama: WOLNOSC!

Tak, to my… szaleni…



Nordkapp, Kinnarodden, Knivskjellodden

18.07.10

Czyli jak to jest z tymi przyladkami…

Nordkapp: najbardziej popularny i znany jako „Przyladek polnocny”. Nie jest najbardziej wysunietym punktem Europy w zadnej kategorii. Jego popularnosc wynika z dobrego dojazdu i atrakcyjnego polozenia.
Kinnarodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt kontynentalnej Europy. Znany tez jako Nordkinn. 2 dni drogi od najblizszej wioski czyni go dla zwyklych turystow calkowicie niedostepnym.
Knivskjellodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt Europy. Lezy na tej samej wyspie co Nordkapp ale siega 1,2 km dalej. Dojsc mozna na niego pieszo od drogi E69. Trase mozna pokonac w dwie godziny. Wybralem sie tam wczoraj. Wycieczka okazala sie ciekawsza niz na Nordkapp. Po dojsciu na sam przyladek wpisalem sie do „Ksiegi zdobywcow”. Od kwietnia ’09 do ksiegi wpisalo sie ponad 800 osob.



Nordkapp zdobyty!

16.07.10

Dzis okolo godziny 14:25 stanalem na Nordkappie przy globusie. Wrazenia slabe. Miejsce nie ma w ogole zadnego klimatu. Droga na Nordkapp jest duzo ciekawswa niz sam przyladek. Ladny widok na polnocny horyzont a poza tym nic. Kazdy robi sobie zdjecie z globusem wiec i ja sie skusilem. Gdyby nie ten globus, miejsca do symbolicznego zdjecia by nie bylo. Sklep z pamiatkami przypomina bardziej supermarket niz sklep (ale trzeba przyznac ze czesc pamiatek odbiega od kiczu i jest naprawde godna uwagi). Film w tutejszym panoramicznym kinie nawet ciekawy. Reszta atrakcji bez rewelacji. Przyjechalem (tak naprawde to przyszedlem ;)), zaliczylem i wrocilem. Bylem na Nordkappie? Bylem, i to wystarczy…

A teraz cos czego w „Praktycznym przewodniku” Pascala nie znajdziecie, czyli:

Jak sie dostac na Nordkapp omijajac oplate za wstep?
Gdy ujrzymy niebieska tablice informujaca o wysokosci oplaty skrecamy w prawo i idziemy jakies 200m. Bramki sa za wzniesieniem wiec nikt nas nie bedzie widzial. Potem wzdluz klifu podazamy na polnoc. Ponownie dochodzac do brzegu klifu zmierzamy w lewo w strone globusa. Po chwili jestesmy juz na Nordkappie. Na terenie Nordkappu nikt biletow nie sprawdza. Wrocic na droge mozna przez bramki. Tym sposobem mamy 225 NOK w kieszeni.



Przystanek: Sarnes

15.07.10

Na samym Nordkappie jeszcze nie nie bylem ale jestem juz na wyspie Magerøya w Sarnes u jedynego czlowieka z CouchSurfing w tym regionie. Miejsce niesamowite: cisza, spokoj, goscie z roznych stron swiata a za oknem widok na fiordy. Dojazd na Nordkapp okazal sie bezproblemowy. Pelno turystow zmierza w te strony ale i tak zatrzymuja sie tylko miejscowi. Dzieki temu udalo mi sie ominac oplate za wjazd na wyspe. Wystarczy poprosic kierowce by przekonal bramkarza o nie pobieranie oplaty za autostopowicza :). Oni sie tu wszyscy znaja wiec nie ma z tym problemu. Pogoda dopisuje wiec pewnie jutro moja noga stanie na Nordkappie…



Reine

11.07.10

Obudziłem się około godziny 8:00. „W nocy” lekko padało więc nie spodziewałem się dobrej pogody. Tymczasem wyglądam z namiotu i widzę, że niebo wygląda obiecująco. Czy to możliwe, że po dwutygodniowej pochmurno-deszcowej pogodzie na Lofotach przyjdzie słoneczny dzień? Okazuje się, że tak. To chyba ja woże wszędzie słońce ze sobą. Złożyłem namiot, rzuciłem plecak w krzaki i ruszyłem na Reinebringen (góra z widokiem na Lofoty i Reine). Szlak bardzo śliski i bardzo stromy. Podchodząc, cały czas widzimy pionową ścianę przed sobą. Oglądając się do tyłu widzimy tylko góry, szose tuż przy brzegu oraz bezkres oceanu. Do samego szczytu nic sie nie zmienia. Dopiero gdy na niego wejdziemy, zrobimy krok do przodu odsłania nam się cała panorama Reine i Lofotów. Widok zapiera dech. Doszły mnie słuchy, że to najpiękniej położone miasto w Norwegii. Z lotu ptaka na pewno ale będąc na dole, chodząc uliczkami Reine, widoki nie robią już takiego wrażenia. Są po prostu „norweskie”.

Reine

Po godzinie delektowania się widokami ruszyłem do Tromso…



Lofoty

10.07.10

Tuż po opuszceniu Parku Narodowego Jotunheimen postanowiłem odrazu ruszyć na Lofoty. Bez pauz. Pierwszego dnia dojechałem aż do Reinheim koło Trondheim (wyruszyłem z Lom). Drugiego dnia byłem juz w Fauske. Wczoraj dojechałem do Bodo skąd popłynałem promem do Moskenens. W trzy dni pokonałem prawie 1000km.
Lofoty przywitały mnie pochmurno-deszcową pogodą. To pierwszy całkowicie niesłoneczny dzień podczas mojego pobytu w Norwegii. Aż lepiej się oddycha… tylko widoków nie ma :(. Jeśli jutro nie będzie pogody ruszam na północ by nie tracić czasu…



Na szczycie Skandynawii

7.07.10

Po zejsciu z Besseggen jeszcze tego samego dnia pojechalem na drugi koniec Parku Narodowego Jotunheimen – do Juvalshytta. Nie zdobylem najwyzszego szczytu Rondane więc postanowilem chociaz zdobyc najwyzszy szczyt Norwegii i Skandynawii. Kilka kilometrow przed Lom zatrzymal sie Albert. Dunczyk z Wysp Owczych, ktory prawie cale zycie spedzil w Norwegii. Dostal 3 dni urlopu. Zamiast siedziec na kanapie i ogladac TV postanowil przyjechac do Jotunheimen i zdobyc kolejne dwutysieczniki. Dwutysiecznikow w Norwegii jest ponad 300 (!!), on ma zamiar zdobyc je wszystkie (ma juz zaliczone kilkanascie). Ja chcialem zdobyc Galdhøpiggen, Albert chcial zaliczyc Jotunheimen od poludnia ale ze jechal sam to postanowil ze mi potowarzyszy i razem zdobedziemy szczyt Skandynawii.
Droga do Juvalshytty to najwyzej polozona droga asfaltowa w Norwegii. Jadac po niej ma sie wrazenie jak by sie juz bylo na gorami. Różnica pomiędzy drogą nr 55 skąd zaczyna się podjazd jest ogromna. Na dole temperatura 20 stopni, na górze, 1700 mnpm już tylko 3 stopnie, do tego wieje niesamowicie, jest naprawdę zimno. Mimo wszystko rozbijam namiot (nocleg w schronisku: 250zł). Śpiwór Fjord Nansen Hamar spisał się dobrze w takich warunkach – nie zmarzłem, ale ciepło też mi nie było (czyli zgodnie z oczekiwaniami).
Następnego dnia o 10:00 zbiórka. Na Galdhøpiggen można wyruszyć samemu ale jest to trochę niebepiecne. Przez ponad 800m szlak prowadzi przez lodowiec pokryty śniegiem. Bez zabezpieczeń można wpaść w jedną z dziur i jedyne co nam pozostanie to wołanie „help”, o ile będziemy mogli jeszcze krzyczeć… Dlatego lepiej wyruszyć ze zorganizowaną wyprawą, przypiętym do liny ze wszystkimi. Początkowo kazdy idzie osobno, dopiero po około 40 minutach następuje przerwa i wszyscy przypinają się do liny. Idąc po czyichś śladach nie możemy być pewni pewnego gruntu. Jedna osoba stanie, druga też ale trzecia może już się zapaść pół metra. Śnieg bywa zdradziecki. Na szczęście podcas tej wyprawy żadnych wypadków nie było.

Mniej wiecej pół godziny przed szcytem odpinamy się od liny i wchodzimy po kamieniach i śniegu na luzie. Pogoda dopisuje. Nie jest mgliście ale słonecznie też nie. Czasami słońce wychodzi zza chmur, wtedy robi się nawet ciepło ale mimo tego trzeba być ciepło ubranym ze względu na bardzo chłodne powietrze. Mamy do wyboru albo się spocic albo przeziębić. Mimo braku „drogi dojazdowej” nawet na takiej górze na szczycie znajduje się chatka. Możemy w niej nabyć certyfikat zdobycia Galdhøpiggen za 50 NOK.

Galdhøpiggen to nie jest wysoka góra, zaledwie 34m niższa niż Rysy. Myślę, że może zdobyć ją każdy średnio doświadczony piechór. Nie jest to też na pewno najbardziej widowiskowa góra w Jotunheimen, jednak sam fakt że jest ona najwyższa, przyciąga sporo turystów, nawet w baaardzo młodym wieku.



Besseggen

6.07.10

BesseggenZ Otta wyruszylem okolo godziny 8:00. Jako pierwszy zatrzymal sie staruszek z sina broda. Dowiedzialem sie od niego kto zostal prezydentem Polski choc nawet o to nie pytalem. Pochwalil sie swoim kupkiem do kawy ze Statoila (kupionym za 100NOK) do ktorego moze sobie nalewac kawy za darmo przez caly rok. Dobry myk dla kawoszy, ja zostane przy herbacie…
W Vågåmo zlapalem stopa bezposrednio do Gjendesheim – bazy wypadowej w gory Jotunheimen. Nie chcialem sie zapuszczac z ciezkim plecakiem gdzies daleko w gory wiec postanowilem przejsc tylko masyw Besseggen. Szlak bardzo przyjemny, caly czas lekko pod gore. Wiatr poraz kolejny dal znac o sobie ale tym razem bylem na niego przygotowany. Im wyzej tym mocniej wieje ale i widoki na Jotunheimen coraz piekniejsze. Bedac w takich miejscach jak te nie trudno twierdzic, ze Norwegia jest najpiekniejsza na swiecie. Ja tak uwazam i dopoki nie pojade do Tajlandii to zdania raczej nie zmienie ;-).



Masyw Rondane

5.07.10

Po Lillehammer postanowilem pojechac w gory. Najblizej byl Park Narodowy Rondane. W Otta zlapalem Alexandra – czlonka Norweskiego Towarzystwa Turystycznego. Sam tez sie wybieral w gory. Z Otta jedziemy 13km bardzo kreta droga do Mysusæter. Dalej 4km szrutowa droga do parkingu Spranget. Widoki stad, z dolu juz sa niesamowite. Pustkowia, brak wysokiej roslinnosci, wszystko widoczne jak na dloni a w oddali gory czesciowo pokryte sniegiem. Z parkingu juz tylko pieszo okolo godziny do schroniska Rondvassbu. Pomimo niskich cen za nocleg jak na Norwegie (okolo 75zl) decyduje sie spac w namiocie. Alexander wskazal mi najciekawsze szlaki na jednodniowe wypady. Wymienilem z nim roznice miedzy polskimi a norweskimi parkami narodowymi. Byl w szoku ze w Polsce nie mozna nigdzie rozbijac namiotu, palic ognisk, ze trzeba placic za wstep a w schroniskach zazwyczaj nie ma cieplej wody…

Nastepnego dnia wybralem sie na Rondeslottet, najwyzszy szczyt Rondanu. Poczatkowo szlak bardzo lekki, pod gore. Nastepnie szlak idzie przez okolo dwukilometrowy wawoz po czym podchodzi do przeleczy. Przy podejsciu zaczyna co raz mocniej wiac a ja nie wzialem ze soba nic cieplego, tylko plaszcz przeciwdeszczowy. Podchodzac juz po gore zaczyna byc mi zimno, wiatr w ogole nie ustaje. Decyduje sie zawrocic 1,5h drogi przed szczytem. Nie chcialem sie wykonczyc, a na takie wiarty nie bylem przygotowany. Nie zaluje decyzji, gdy zawracalem szczyt byl w chmurach wiec widokow i tak by nie bylo a po powrocie do namiotu za jakies pol godziny zaczelo padac.
Kolejnego dnia zrobilem sobie lekki spacerek wdluz jeziora Rondvatnet. Ciekawie jest chodzic po sniegu w 30-stopniowym upale. Po poludniu wrocilem do Otta by ruszyc do Parku Narodowego Jotunheimen…



Lillehammer

2.07.10

Wodospad w Lillehammer na rzece Mesna Przyjazd do Lillehammer nie byl latwy. Najpierw mialem spory problem z wydostaniem sie z Oslo. Potem wyladowalem kolo lotniska wojskowego gdzie nie bylo gdzie lapac i do tego pelno policji. Po dlugim marszu znalazlem dobre miejsce. Dosc szybko zatrzymal sie pierwszy samochod. Probuje rozmawiac po angielsku ale kierowca nie bardzo, pokazalem mu mape, gdzie jade, ok, wsiadam. Gdy zaczeli rozmawiac miedzy soba okazalo sie, ze to… Polacy! Kierowca znal lepiej norweski niz angielski bo tego drugiego juz nie uzywa. Po poludniu bylem juz w Lillehammer. Miasteczko nawet przyjemne, przypomina mi troche Garmich-Partenkirchen. Gdyby nie olimpiada zimowa w 1994 nikt by o tym miejscu nie slyszal, a teraz sciagaja tu masy turystow. Dla tych co nie uprawiaja sportow zimowych nie ma tu za wiele do zwiedzania. Skocznia narciarska z ktorej mamy widok na cala okolice i wioska olimpijska to wlasciwie wszystko co mozna zobaczyc. Jednak odkrylem jedno ciekawe miejsce, ktorego nie wskazuja zadne przewodniki. Tuz przy drodze na skocznie, wystarczy skrecic w boczna drozke idaca w las i przy przejsciu przez rzeke Mesna spojrzec w lewo. Za drzewami ujrzymy wodospad troche w stylu plitvickim. Mozemy do niego dojsc po kamieniach. Gdyby nie lodowata woda moznaby poczuc sie tu jak w raju. Spedzilem przy wodospadzie godzine i nikt w miedzyczasie tam nie przyszedl (a przez rzeke przechodzilo sporo ludzi). To jedyne miejsce, ktore urzeklo mnie w Lillehammer.