Status: Reaktywacja bloga rozpoczęta.
28,500 kilometrów pokonanych autostopem. Stan na dzień 21.02.2011
|
21 grudnia 2010 | Wyświetleń: 17 | Już niedługo minie pół roku od mojego przyjazdu do Norwegii i muszę przyznać, że było to najlepiej wykorzystane pół roku w moim życiu. Co prawda przez ostatnie 2 miesiące NIC się nie działo ale z tego co było wcześniej – niczego nie żałuję. Na początku podróż to była jedna wielka niewiadoma. Czas jednak poskładał wszystko w całość tworząc półroczny „Norwegian Trip”. Tak wyglądał w skrócie:
Etap I: Na północ! (29 czerwca – 20 lipca)
Głównym celem był Nordkapp i koło podbiegunowe. Chodziło o to by przejechać cała Norwegię wzdłuż (wszerz niekoniecznie się da ;)). Jechałem powoli, zaliczając co tylko możliwe po drodze. Gdy opuszczałem Polskę było około 20 stopni. Przylatując do Norwegii zastałem +30. To było pierwsze zaskoczenie. Gdy szedłem w góry Rondane, jeszcze z 20-kilogramowym plecakiem, myślałem „jak to fajnie by było, być już za kołem podbiegunowym”. Szedłem w góry a jednocześnie chciałem jechać dalej. Ciągnęło mnie jak najdalej w nieznane, ku przygodzie. Nie rozumiałem, że w końcu i tak na wszystko przyjdzie czas. Gdy dotarłem za koło podbiegunowe, zostałem ponownie zaskoczony. Północ okazała się zupełnie inna od tego czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie tu „inny świat” a okazało się, że jest tak samo jak na południu, tylko mniej ludzi… ale za to jacy! To właśnie północ najmilej wspominam z całego wyjazdu, przede wszystkim dzięki poznanym tam ludziom. Nordkapp i Lofoty to miejsca, które przyciągają wyjątkowe osobistości. Nawet komercjalizacja tego nie zniszczy. I niech tak pozostanie.
Etap 2: Szukanie pracy (21 lipca – 30 lipca)
Po Nordkappie przyszedł czas na znalezienie pracy. Trwało to 10 dni. To były chyba najtrudniejsze dni w całej wyprawie. Gdy budżet przeznaczony na podróż topniał z dnia na dzień nie wiedziałem jak to się skończy. 10ego dnia zostałem z dwiema koronami przy duszy. Wtedy los uśmiechnął się do mnie i mnie uratował.
Etap 3: Nusfjord (30 lipca – 21 września)
Życie na pewno nie jak w Madrycie ale jak na Lofotach. Daleko do sklepu, zmienna pogoda, masa turystów i piękne widoki. Ponad miesiąc i w zupełności wystarczy.
Etap 4: Na południe! (22 września – 9 października)
Zaczyna się robić ciemno więc czas ruszać w stronę światła. Kryzys pogodowy daje o sobie znać. Robi się też co raz zimniej. Ja na zimę nie przygotowany ale twardo jadę dalej. Co raz więcej myślę o powrocie do Polski. No ale przecież wcześniej trzeba dojechać na lotnisko i tak. Po drodze zatrzymuję się w Førde u znajomego i… zostaję tu na ponad 2 miesiące. Znowu praca…
Etap 5: Førde (9 października – 21 grudnia)
Nic ciekawego :).
Dzisiaj wracam do Polski. Do Norwegii na pewno jeszcze wrócę i to prawdopodobnie już za kilka miesięcy. Nadal są miejsca, w których jeszcze nie byłem a które koniecznie chcę odwiedzić. Nadal mam powody by tu wrócić. Myślę, że spokojnie mogę dodać na blogu nową kategorię: „Norwegia”.
28 września 2010 | Wyświetleń: 6 | Trudno mi w to uwierzyc ale za kolem podbiegunowym bylem ponad dwa miesiace. Gdy w polowie lipca przybylem na Lofoty bylo piekne lato i dzien polarny, teraz jest juz porzadna jesien a noc wydluza sie o 2godziny/tydzien. 20ego pazdiernika bedzie juz noc polarna. Dlatego postanowilem ruszyc na poludnie. Sezon turystyczny sie juz dawno skonczyl, temperatury coraz nizsze wiec i z lapaniem stopa coraz gorzej idzie. Jednak bez problemu dojechalem w dwa dni z Lofotow do Trondheim. Dwa lata temu gdy przybylem do tego miasta, po 10 minutach mialem juz nocleg. Tym razem – tak samo! Co prawda wiedzialem gdzie go szukac ale pewny niczego nie bylem. Trafilem na plebanie jedynego kosciola katolickiego w miescie. Jak tylko zapukalem ksiadz Alpio z Filipin od razu zaprosil mnie do srodka zanim jeszcze zdazylem powiedziec czego tu szukam. Bez zadnych problemow zaoferowal mi pokoj. Nastepnego dnia (w niedziele) poznalem ksiedza z Polski, polska emigracje, Filipinczykow, Wietnamczykow i goscia z Erytrei, ktory zachowywal sie jakby co dopiero z dzungli wyskoczyl. Sa ludzie – sa kontakty – jest wesolo.
A wczoraj byl dzien wyjatkowy – moje pierwsze urodziny poza Polska. Bylo skromnie ale przyjemnie…
29 sierpnia 2010 | Wyświetleń: 5 |
17 sierpnia 2010 | Wyświetleń: 12 | Po opuszczeniu Nordkappu zdecydowalem sie od razu poszukac pracy by podreperowac budzet. Z Sarnes pojechalem do Kautokeino (jednym stopem!). Miasto pelne zyczliwych ludzi i… komarow. Ilosc latajacego paskudstwa w powietrzu przekracza wszelkie dopuszczalne normy miejskie. Kemping byl pierwszym miejscem gdzie spytalem sie prace i od razu szefowa probowala pomoc. Obiecala, ze zadzwoni do znajomego czy ma cos dla mnie. W miedzyczasie poczestowala obiadem. Niestety, okazalo sie ze nic dla mnie nie ma ale na czas mojego pobytu w miescie pozwolila korzystac z kempingu za darmo. O godzinie 20:00 zaprosila do lavuu (Samowego namiotu) na kawe i chleb pieczony na ognisku. Polnocno-wschodni obszar Norwegii w wiekszosci zamieszkuja Samowie (potocznie: Laponczycy). Przez to, ze Kautokeino (Guovdageaidnu) lezy blisko granicy szwedzkiej i finskiej sporo ludzi starszego pokolenia potrafi rozmawiac nawet w czterech jezykach i zadnym z nich nie jest angielski!
Po 2 dniach pojechalem do Karasjok. Rowniez tam nic nie znalazlem choc ponownie ludzie z kempingu probowali mi pomoc. Jeszcze tego samego dnia wrocilem do Kautokeino. Nastepny dzien to byla sobota – slaby dzien do szukania pracy wiec postanowilem pojechac w strone Narviku przez Finalndie i Szwecje. Ruch w strone Finlandii bardzo maly ale po godzinie zlapalem stop do granicy finsko-szwedzkiej. W Szwecji jak to w Szwecji, nie bardzo chca brac wiec swoje odstalem az zatrzmali sie Francuzi. Pozniej zatrzymal sie Szwed, Estonczyk i Norwedzy. Z Norwegami dojechalem do Bjerkvik. Niedziela, wszystko zamkniete poza stacja beznynowa. Pomyslalem, ze nie ma co tracic czasu na tym przejazdowie i postanowilem pojechac na wyspe Senja. Ludzie polecaja, przewodniki tez a przy okazji moze jakas praca sie znajdzie.
Najpierw wyladowalem w Botnham. Dostalem cynk do szefa fabryki rybnej, ktory trzesie cala okolica ale pracy dla mnie nie mial. Zawiozl mnie do Husøy, bardzo ciekawie polozonej wioski rybackiej ale tam tez szczescie mi nie dopisalo. Na noc wyladowalem w Mefjordvær. Piekne miejsce, bardzo podobne do Lofotow. Nie bez powodu Senja nazywana jest „Norwegia w pigulce”.

Kolejnego dnia udalem sie do Gryllefjod – wioski na koncu wyspy. Przebiega tedy „Whale Route” przez co przejezdza tedy bardzo duzo turystow, ktorzy dalej promem zmierzaja do Andenes na wyspie Andøya. Po raz kolejny ludzie skierowali mnie do bosa wioski, ktory napewno bedzie mial dla mnie prace ale i on nie byl mi w stanie pomoc. Mialem juz tego dosyc. Ciagle ludzie staraja sie pomagac i ciagle nic.
Jade ponownie na Lofoty bo tam pracuje mnostwo Polakow. W Bjerkvik zalaplem goscia co jechal do Harstad. Zapewnial mnie ze w tym miescie na pewno cos znajde. Tak… problem tylko w tym, ze nie lubie duzych miast jako autostopowicz. Inny problem to taki, ze w takim miescie zle sie czuje i kompletnie nie wiem jak tam szukac pracy, gdzie pojsc, gdzie zapytac, wszyscy gonia w swoja strone a zeby poskladac CV, pochodzic po firmach i NAVach to trzeba zatrzymac sie na troche dluzej niz jeden dzien a ja noclegu zapewnionego nie mialem. Poddalem sie i wyjechalem z Harstad nastepnego dnia rano.
Dokad pojechalem? Na mojej mapie mialem zaznaczona jako bardzo ciekawa atrakcje turystyczna, wioske rybacka Nusfjord. Nie bylem tam wiec przy okazji ja sobie zwiedze. Spodziewalem sie jakiejs zapuszczonej starej wioski w ogole nie tetniacej zyciem a to sie okazuje ze ta wioska to jakby skansen i jednoczesnie noclegownia turystyczna. Chodzac po wiosce zauwazylem nie dokonca pomalowany dom. Od razu poszedlem zapytac czy nie potrzebuje ktos pomocy. I…?
Nastepnego dnia juz pracowalem…
W szukaniu pracy pomagalo mi mnostwo ludzi w przeroznych miejscach. Mialem bezposrednie kontakty do waznych osobistosci, kierowcy wydzwanili po swoich znajomych, czasami nawet nadrabiali kilometrow zeby mi pomoc a w kilkunastu miastach zostawilem ogloszenia w supermarketach.
Trwalo to 10 dni.
Ostatecznie prace i tak znalazlem sam…
19 lipca 2010 | Wyświetleń: 3 | Wiadomo po co sie podrozuje: zeby zdobywac nowe doswiadczenia, horyzonty, poznawac ciekawych ludzi…ale czy wszedzie znajdziemy to czego szukamy? Na pewno nie, ale sa takie miejsca, ktore przyciagaja niezwyklych ludzi. W takie miejsce wlasnie trafilem. Sarnes, 10km przed Honningsvåg, malutka wies, zwyczajna norweska chatka. Chatke ta zamieszkuje Arnt z CS. Ludzie wala do niego oknami i podziemiem. Prawie codziennie nastepuje wymiana gosci. Przyjezdzaja tu ludzie zwyczajni jak i szalency. Szaleni w pozytywnym tego slowa znaczeniu.
Jest tu Francuz Alain, ktory od 32 lat podrozuje po swiecie bez grosza w kieszeni. Glownie pieszo ale czasami tez rowerem i autostopem. W 1978 opuscil Francje i od tamtej pory jest ciagle w drodze. Ostatni jego wyczyn to dojscie na Nordkapp z Helsinek w 101 dni (link). Teraz przystanal tutaj by pomoc w renowacji domku.
Jest tez Japonczyk Rin, ktory od 3 lat jezdzi rowerem po swiecie (link).
Jest tez moj imiennik z Polski, ktory postanowil rzucic dobra prace w Warszawie by w 2 lata okrazyc swiat autostopem (link).
W miedzyczasie wpada Rumun Tommy, rowniez autostopowicz. Podrozuje po Europie juz pare lat, pracujac w miedzyczasie.
Wczoraj opuscil nas Argentynczyk Miguel, artysta ktory juz dawno nie byl w swoim kraju.
I jeszcze ja, ktory nie wie co jeszcze przede mna…
Kazdy z nas to inna historia, inne marzenia, inne idealy ale wspolny cel: podroz, przygoda i niepewnosc tego co bedzie jutro. Kazdy z nas wybral taka droge dobrowolnie, kazdy wyznacza sobie nowe „przeszkody”. Przebywanie w takim towarzystwie pomaga mi zrozumiec, ze przeciez nie jestem sam, nie jestem JEDYNY, ze tak naprawde mozna zyc! Wspolne wypady na ryby, gotowanie, pomoc w sprawach domowych oraz spontaniczne wypady na pobliskie gory – to to co nas laczy tutaj. Przyciagnal nas tu Nordkapp. Kiedy kazdy ruszy dalej w swoja strone rozdzieli nas przeznaczenie, ale jedna rzecz pozostanie w nas ta sama: WOLNOSC!
Tak, to my… szaleni…
18 lipca 2010 | Wyświetleń: 20 | Czyli jak to jest z tymi przyladkami…
Nordkapp: najbardziej popularny i znany jako „Przyladek polnocny”. Nie jest najbardziej wysunietym punktem Europy w zadnej kategorii. Jego popularnosc wynika z dobrego dojazdu i atrakcyjnego polozenia.
Kinnarodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt kontynentalnej Europy. Znany tez jako Nordkinn. 2 dni drogi od najblizszej wioski czyni go dla zwyklych turystow calkowicie niedostepnym.
Knivskjellodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt Europy. Lezy na tej samej wyspie co Nordkapp ale siega 1,2 km dalej. Dojsc mozna na niego pieszo od drogi E69. Trase mozna pokonac w dwie godziny. Wybralem sie tam wczoraj. Wycieczka okazala sie ciekawsza niz na Nordkapp. Po dojsciu na sam przyladek wpisalem sie do „Ksiegi zdobywcow”. Od kwietnia ’09 do ksiegi wpisalo sie ponad 800 osob.
16 lipca 2010 | Wyświetleń: 11 | Dzis okolo godziny 14:25 stanalem na Nordkappie przy globusie. Wrazenia slabe. Miejsce nie ma w ogole zadnego klimatu. Droga na Nordkapp jest duzo ciekawswa niz sam przyladek. Ladny widok na polnocny horyzont a poza tym nic. Kazdy robi sobie zdjecie z globusem wiec i ja sie skusilem. Gdyby nie ten globus, miejsca do symbolicznego zdjecia by nie bylo. Sklep z pamiatkami przypomina bardziej supermarket niz sklep (ale trzeba przyznac ze czesc pamiatek odbiega od kiczu i jest naprawde godna uwagi). Film w tutejszym panoramicznym kinie nawet ciekawy. Reszta atrakcji bez rewelacji. Przyjechalem (tak naprawde to przyszedlem ;)), zaliczylem i wrocilem. Bylem na Nordkappie? Bylem, i to wystarczy…
A teraz cos czego w „Praktycznym przewodniku” Pascala nie znajdziecie, czyli:
Jak sie dostac na Nordkapp omijajac oplate za wstep?
Gdy ujrzymy niebieska tablice informujaca o wysokosci oplaty skrecamy w prawo i idziemy jakies 200m. Bramki sa za wzniesieniem wiec nikt nas nie bedzie widzial. Potem wzdluz klifu podazamy na polnoc. Ponownie dochodzac do brzegu klifu zmierzamy w lewo w strone globusa. Po chwili jestesmy juz na Nordkappie. Na terenie Nordkappu nikt biletow nie sprawdza. Wrocic na droge mozna przez bramki. Tym sposobem mamy 225 NOK w kieszeni.
15 lipca 2010 | Wyświetleń: 4 | Na samym Nordkappie jeszcze nie nie bylem ale jestem juz na wyspie Magerøya w Sarnes u jedynego czlowieka z CouchSurfing w tym regionie. Miejsce niesamowite: cisza, spokoj, goscie z roznych stron swiata a za oknem widok na fiordy. Dojazd na Nordkapp okazal sie bezproblemowy. Pelno turystow zmierza w te strony ale i tak zatrzymuja sie tylko miejscowi. Dzieki temu udalo mi sie ominac oplate za wjazd na wyspe. Wystarczy poprosic kierowce by przekonal bramkarza o nie pobieranie oplaty za autostopowicza :). Oni sie tu wszyscy znaja wiec nie ma z tym problemu. Pogoda dopisuje wiec pewnie jutro moja noga stanie na Nordkappie…
11 lipca 2010 | Wyświetleń: 3 | Obudziłem się około godziny 8:00. „W nocy” lekko padało więc nie spodziewałem się dobrej pogody. Tymczasem wyglądam z namiotu i widzę, że niebo wygląda obiecująco. Czy to możliwe, że po dwutygodniowej pochmurno-deszcowej pogodzie na Lofotach przyjdzie słoneczny dzień? Okazuje się, że tak. To chyba ja woże wszędzie słońce ze sobą. Złożyłem namiot, rzuciłem plecak w krzaki i ruszyłem na Reinebringen (góra z widokiem na Lofoty i Reine). Szlak bardzo śliski i bardzo stromy. Podchodząc, cały czas widzimy pionową ścianę przed sobą. Oglądając się do tyłu widzimy tylko góry, szose tuż przy brzegu oraz bezkres oceanu. Do samego szczytu nic sie nie zmienia. Dopiero gdy na niego wejdziemy, zrobimy krok do przodu odsłania nam się cała panorama Reine i Lofotów. Widok zapiera dech. Doszły mnie słuchy, że to najpiękniej położone miasto w Norwegii. Z lotu ptaka na pewno ale będąc na dole, chodząc uliczkami Reine, widoki nie robią już takiego wrażenia. Są po prostu „norweskie”.

Po godzinie delektowania się widokami ruszyłem do Tromso…
10 lipca 2010 | Wyświetleń: 5 | Tuż po opuszceniu Parku Narodowego Jotunheimen postanowiłem odrazu ruszyć na Lofoty. Bez pauz. Pierwszego dnia dojechałem aż do Reinheim koło Trondheim (wyruszyłem z Lom). Drugiego dnia byłem juz w Fauske. Wczoraj dojechałem do Bodo skąd popłynałem promem do Moskenens. W trzy dni pokonałem prawie 1000km.
Lofoty przywitały mnie pochmurno-deszcową pogodą. To pierwszy całkowicie niesłoneczny dzień podczas mojego pobytu w Norwegii. Aż lepiej się oddycha… tylko widoków nie ma :(. Jeśli jutro nie będzie pogody ruszam na północ by nie tracić czasu…
|
|
Najnowsze komentarze